Okazuje się, że w większości
przypadków dopiero zakradają się do naszych (polskich,
europejskich) domów, chociaż znane, stosowane i cenione były już
w Starożytnych Chinach (tak, tak, ah ci Chińczycy...).
Najsmaczniejsze? Chyba te rzodkiewki.
Najzdrowsze? Wszystkie, ale podobno brokuła, choć ostatnio
słyszałam, że kozieradki... Obecnie gotowe do spożycia dostępne
już na większości sklepowych półek, a dla wytrwałych (lub
chociaż nieco bardziej w tej materii uzdolnionych ode mnie) pod
postacią mieszanki nasion, z których w kilka dni można wyhodować
sobie dowolny ich zestaw.
Pierwszy raz zetknęłam się z nimi
lata temu, w jakiejś sałatce i nie zrobiły na mnie zbyt dobrego
wrażenia (głównie z powodu wyglądu, do dziś z resztą kiełki
pszenicy nie wydają mi się zbyt apetyczne). Potem były zakończone
klęską próby wyhodowania na parapecie w jakimś kosmicznym,
specjalnie do tego przeznaczonym naczyniu, aż w końcu trafiły do
naszej (mojej i mojego M.) lodówki prosto ze sklepowej półki. Tak
jak się pojawiły, tak już praktycznie zostały, bo okazały się do
wszystkiego pasować, ze wszystkim smakować, albo raczej sprawiać,
że każda nudna kanapka, nijaka sałata, a czasem nawet główne
danie obiadowe nabierały zupełnie innych barw i walorów, nie tylko
smakowych. Z ostatnich odkryć, to naleśniki nadziewane kurczakiem w
sosie szpinakowo-śmietanowym przyozdobione kiełkami brokuła. Duuużą
ilością kiełków. Pycha.
Jeżeli jeszcze nie odważyliście się
po nie sięgnąć – być może ze względu na ich nie zawsze do
końca przekonywujący wygląd niepozornej plątaniny zielonkawych
kosmyków – to szczerze zachęcam, nie pożałujecie. A jak już
się uda Wam je kupić, to dajcie znać gdzie, bo ja od kilku dni
natykam się tylko na puste miejsce na półce. Może kiełki wcale
nie są tak mało popularne?