niedziela, 25 maja 2014

To już jutro, czy jeszcze dziś?

Właśnie rozpoczęła się moja 23 godzina ''na nogach'', nie licząc dwóch półgodzinnych drzemek z Olgą. Na horyzoncie jeszcze minimum 3-4 godziny pracy, a potem przygotować Oldze śniadanie, obiad, ubranka i resztę wyprawki na dzień spędzony z babcią i dziadkiem. Ja będę produkować się na targach, choć 30 stopni w cieniu i dwie kolejno nieprzespane noce nie wróżą nic dobrego. Zamiast spędzać weekend z córeczką, wyjeżdżam na targi. Skupiam się na przygotowaniu materiałów, przeglądam próbki, obmyślam prezentację. Potem przyjdzie czas na wyrzuty sumienia, że w tym tygodniu nie spędziłyśmy ani jednego dnia same, we dwie, razem. Pocieszam się, że może wcale nie jestem wyrodną matką, tylko samotną. Bo gdyby Olga mogła te dwa dni spędzić z tatą, to czy tak by mi to ciążyło? Nie, żałowałbym, że nie mogę być z nimi, ale oni we dwójkę świetnie by sobie poradzili. Marzenie... tak proste, tak nierealne. Zmienia się w poczucie żalu i wyrzuty sumienia, że zostawiam dziecko by robić coś innego. Tylko jeśli te ''coś innego'' ma na celu utrzymanie nas, to czy jest inne wyjście? Jak pogodzić to z wyprawą na basen, na którą od tygodnia nie było czasu, z zabawą w piaskownicy, którą to z resztą miałam odnowić chyba już z miesiąc temu, czy też z wygłupami z piłką na trawie, które zawsze trwają zbyt krótko? Nie wiem. Utrzymać, wychować i zadbać o dziecko. Trzy zupełnie różne, nieodzowne aspekty bycia rodzicem. I tak trudne do pogodzenia. Dobrze, że chociaż kochać można niezależnie od wszystkiego.

czwartek, 22 maja 2014

Ulotki.

3:30. Za 30h mamy się stawić na targach. Nie mamy zaplanowanego stoiska, nie mamy materiałów. Nie ma projektów. On zawsze ratował. Ukochany, mąż, przyjaciel... genialny grafik. Kręcił głową i z westchnięciem siadał po godzinach do komputera, żeby znowu uratować nam skórę i zrobić projekt na ostatnią chwilę. Ratował, gdy w ramach zleconego na zewnątrz projektu dostawaliśmy takie badziewie, że absolutnie nie można było tego nigdzie pokazać, a w szczególności prezentując na tym logo firmy. Zdarzało się, że był zmęczony, chciał dać odpocząć oczom i ciału, ale widząc to, co jakiś graficzny analfabeta śmiał nazwać ''projektem'', robił sobie kolejną herbatę i zasiadał do pracy. Staram sobie radzić z kolejnymi rzeczami. Nie bez pomocy, ale zorganizowałam piaskownicę dla Olgi, zadaszenie na balkon jest w trakcie przygotowań, przymierzam się do zrobienia półek w schowku... rzeczy, które kiedyś wymieniałabym tylko jako ''do zrobienia'', pomagała w razie potrzeby, oczywiście, ale pozostawiła do wykonania Jemu. Projektowania nie ogarnę. Nawet nie próbuję. I dobrze, bo ''od tego są graficy!'', mówił. Mało co go tak irytowało jak ludzie zakładający, że sami zaprojektują sobie ulotkę, sami zrobią stronę... To tak, jakby chcieć być sobie hydraulikiem, lekarzem i prawnikiem. Choć są i tacy. Tęsknie za Tobą. Za żargonem, który mimochodem wprowadziłeś do mojego słownika, za wszelkiego rodzaju wzornikami, InDesignem, tabletem z rysikiem używanym zamiast myszki i tym jak się śmiałeś z tego, że nie potrafię się nim posługiwać, szumem Twojego nigdy nie wyłączanego komputera, pasją, projektami, które tak Cię wciągały, że nawet mi było ciężko odciągnąć Cię od komputera, a jeśli już, to na krótko. Tym, jak się po swojemu gniewałeś, gdy podekscytowany pokazywałeś mi nowy projekt, a ja mówiłam ''nie wiem co jest w tym nie tak, chyba to i to, ale możesz to zrobić lepiej''... nie odzywałeś się do mnie trochę, a potem nanosiłeś poprawki i powstawało cudo. Nie wracam do tego zbyt często myślami. Łzy nie chcą wtedy przestać płynąć, brakuje mi powietrza... trudno mi pojąć to, jak bardzo skurczył się mój świat. Jak bardzo opierał się na Tobie, jak wielką, ważną, najważniejszą jego częścią byłeś. Brakuje mi Ciebie. Brakuje mi Twojego świata, tak mi obcego, a tak mojego, uwielbianego. Wczoraj chciałam Ci powiedzieć, że potrzebujemy ulotek... słowa, choć przecież i tak niewypowiedziane, uwięzły w gardle. Nic nie jest takie samo, nic nie jest takie, jak powinno.

sobota, 17 maja 2014

https://www.facebook.com/samotnyojciec

Najłatwiej jest się nad sobą użalać. Jutro pewnie do tego wrócę, ale teraz przypominam historię, o której być może zbyt wielu - podobnie jak ja - zapomniało; dziś do mnie powróciła. Facebook to tragedia naszych czasów, ale to jeden z tych przypadków, kiedy może choć trochę odkupić swoje winy: https://www.facebook.com/samotnyojciec Ocieram łzy poczucia bezsilności, niesprawiedliwości, przerażenia... po raz pierwszy od dawna nie tylko własnego. Niech się Pań trzyma, Panie Danielu. Sytuacja wprost niewyobrażalna, a jednocześnie tak mi bliska. Da Pan radę, dla dzieci, dla żony, dla siebie. Jestem z Panem.

Autka.

Jedną z zalet (wielu, przeogromnych i dużo ważniejszych, niż ta) posiadania dużej rodziny jest niezliczona ilość rozmaitych rzeczy, jakie młodsze dzieci dostają po kuzynach. Ubranka, zabawki, książki, sprzęty, akcesoria... co tylko potrzebne i jeszcze więcej. Dziś specjalne podziękowania dla Huberta, za odziedziczoną po nim piżamkę w autka, która baaaardzo przypadła Oldze do gustu. W sam raz dla małego łobuziaka, jakim jest. Za pewne nadejdą kiedyś czasy różowych koszulek z Barbie i konikami Pony, ale póki co cieszę się chwilą. Niewiele zdążyliśmy rozmawiać o wychowaniu dziecka; kilka miesięcy ciąży i zaledwie 4 życia Olgi, ale żadne z nas nie chciało robić z niej ''różowej dziewczynki''. Codziennie dopada mnie masa wątpliwości odnośnie podejmowanych decyzji, niejasnej przyszłości kreślonej z obawami... za to patrzę na tego naszego Olgosa, czternastomiesięcznego brzdąca ze swoimi upodobaniami, potrzebami, które coraz dobitniej potrafi wyrażać, w skupieniu układającego klocki, naśladującego odgłosy zwierząt, wbijającego widelec w ulubioną parówkę, czy nawet ciskającą jakiś przedmiot ze złością, gdy coś jest nie po jej myśli... i śpiącą w absolutnie dziwacznej pozie, z nogami na poduszce, głową umoszczoną w fałdach kołdry, ubraną w piżamkę z autkami i wiem, że jest z niej dumny. Bardziej, niż dumny. On, który tak obawiał się roli ojca, On, który nie mógłby być lepszym tatą... patrzy na nią, uśmiecha się w ten tak charakterystyczny dla Niego sposób i mówi ''super jest''. Tak, Olga jest super. Kolorowe Światełko pośród wszechobecnej szarości.

czwartek, 15 maja 2014

Za mało.

Jest mnie za mało. Albo mam za mało rąk. Albo czasu. Nie daję rady. Spotkanie z prawnikiem, przygotować dokumenty, odszukać faktury, uzupełnić dokumentację do żłobka, skarbowy, ZUS, dokumenty na uczelnię, sesja, przejrzeć ubranka, bo niektóre już za małe, praca... przygotować oferty, spotkać się z klientem, w tym samym dniu być na uczelni, na spotkaniu 600km od domu, a przecież jeszcze ze znajomymi się umówiłam. No tak, znajomych trzeba odwołać, nie ma czasu. Zrobić zakupy, obiad, Olgę zabrać na basen, posprzątać, odebrać auto od mechanika. Jeszcze trzeba zadaszenie nad balkonem zrobić, bo za mocno słońce tam świeci, gzymsy popękały, kominek po zimie jeszcze niewyczyszczony, ''spec'' nie zabezpieczył marmurów i sadza je przeżarła, chyb już się z tym nic nie da zrobić. I jeszcze rodzice. Pomóc szukać im mieszkania, iść obejrzeć, tacie załadować telefon, mamie jakieś rzeczy w serwisie na A. pokupować. Olga wyciąga rączkę, żeby ją gdzieś zaprowadzić, bo jeszcze nie do końca pewnie sama czuje się na nóżkach, pies chce wyjść, telefon znowu dzwoni, na Skype ktoś się dobija, woda na makaron buzuje, dzwonek do drzwi, bo kurier coś przywiózł. Życie w pojedynkę po życiu we dwójkę jest nie do ogarnięcia. Nie mam sił, nie mam możliwości. Psychicznie, fizycznie, sama już nie wiem, z czym gorzej. Jest mnie za mało.

wtorek, 13 maja 2014

Wsiąść do pociągu...

Spakować walizkę, wyjechać hen daleko, zostawić wszystko za sobą, niech się dzieje ''wola nieba''. Co prawda z tym niebem to dziwna sprawa jest, bo to przez małe ''n'' widać, choć go nie ma, a w to przez duże ''N'' nie wierzę - raczej w piekło, bo tego akurat doświadczyłam, doświadczam, więc istnieć musi. Na biurku wciąż rosnąca sterta nieotwartej korespondencji, z którą nie mam odwagi/ siły/ czasu się zmierzyć, choć odkładanie tego na później tylko komplikuje sprawy i przysparza kłopotów. Bałagan w domu oficjalnie uznaję za Nie Do Okiełznania: zabawa w ''kto szybciej'' - ja posprzątam czy Olga porozrzuca zabawki/ ubranka / rzeczy z kuchennej szuflady (choć wcale nie znajduje się w kuchni)/ jedzenie / cokolwiek przestaje być zabawna, gdy ciągle się przegrywa. Sterta prania - tego czystego i nie tylko - zalała łazienkę i niebezpiecznie przymierza się do jej opuszczenia. W kuchni sajgon. Do sypialni niedługo nie będzie się dało dotrzeć. Przez pomazane okna przestaje przebijać się słońce. Można by powiedzieć, że zamiast się tu użalać mogłabym pościerać podłogi - bez obaw, północ wybiła dopiero pół godziny temu, do świtu daleko, zdążę jeszcze umyć kabinę prysznicową i sprzątnąć schody. Firma na A., w której ubezpieczam samochód, od miesiąca nie wysłała mi dokumentów owe ubezpieczenie potwierdzających i od przeszło tygodnia ignoruje wszelkie moje próby nawiązania kontaktu; inna firma - choć również na A. - nie dość, że odmawia wypłacenia wykupionej u nich polisy, to jeszcze nie udostępnia przez siebie tylko posiadanych dokumentów, a którymi to argumentują ową odmowę, również stale ignorując próby nawiązania kontaktu. Pseudouczelnia, na której ''studiuję'' - cudzysłów stosuję bynajmniej nie przez brak odpowiedniej postawy z mojej strony, a nie chcąc urazić osób, które miały lub mają szczęście naprawdę Studiować - po pierwsze uhonorowała mój powrót z urlopu dziekańskiego jedenastoma przedmiotami różnic programowych (o których dowiedziałam się otrzymawszy informację o zaległej płatności za te przedmioty) do zaliczenia w połowie czerwca razem z czternastoma przedmiotami z obecnego semestru, po drugie zażyczyła sobie uzupełnienia dokumentacji stypendialnej, choć w dniu składania dokumentów przyjęto je jako kompletne; termin dostarczenia dokumentów - piątek, 15.05, czas oczekiwania na odpowiednie dokumenty z ulubionych przez Polaków urzędów i instytucji - minimum 7 dni. I jeszcze pies wyżarł dziś z pieluchowego kosza zużyte pampersy. Oprócz tego standardowo - jak jednego dnia jest trochę lepiej, to następnego lub w następnych gorzej, z zachowaniem reguły, że im lepiej - tym gorzej, więc najbardziej optymalna opcja to stan umiarkowanej beznadziejności. Zawsze to jakaś stabilizacja. Z dobrych stron życia: Olga zaczęła chodzić, a na śniadanie były naleśniki. Uciec, uciec jak najdalej, nie myśleć, nie wiedzieć, nie musieć wrócić. Tak bym chciała...

piątek, 2 maja 2014

Majówka.

Nie obchodzę urodzin. Chciałabym nie obchodzić świąt, ale nie mam prawa pozbawiać ich Olgi, więc wstrzymuję oddech i staram się przez każde kolejne jakoś przebrnąć. Na dodatek są jeszcze te kłopotliwe długie weekendy, jak ten teraz. Już dwa wolne dni w tygodniu to wyzwanie: jak je spędzić, by nie w domu; gdzie jechać, z kim, do kogo, jak. Byle nie zostać w domu, nie myśleć. Majówka. Plany wyjazdowe się nie powiodły, więc mama zaalarmowana moim kolejnym spadkiem nastroju (a wydawałoby się, że przecież stale utrzymuje się dość blisko ziemi) zorganizowała mi niańki. Trzydziestka na karku, a ciocia z wujkiem przyjechali mnie doglądać. Wersja oficjalna - stęsknili się z Olgą, ale do tej pory nie był to wystarczający powód, by przemierzyć te dzielące nas 550km polskimi drogami, które mimo, że coraz lepsze, to jeszcze długo nie będą umożliwiać odpowiednio szybkich podróży. Cieszę się, że przyjechali, nie widzieliśmy się... od wtedy, są mi bardzo bliscy, a i te nieznośne wolne dni mijają w możliwie znośny sposób. I tylko noce, tak trudne do przebrnięcia, wciąż na mnie czyhają, choć w sumie one akurat nie różnią się od tych tak wielu innych z ostatnich miesięcy. Może tym, że po mniej męczącym dniu sen, który dopada mnie dopiero na skraju wyczerpania, przychodzi z jeszcze większym trudem. Tęsknie za Tobą. Majówka. Spędzona w Pradze, na zwiedzaniu nieco dalszej okolicy czy na kocu przed domem... cudowna, byle z Tobą. Jak często to sobie mówiliśmy? Może zbyt często, bo teraz prześladuje mnie na każdym kroku. Wszystko cieszyło, byle z Tobą, teraz nie cieszy nic. Są uśmiechy i śmiech i radość nawet, a im większa, tym większy potem dopada smutek i żal. I rozpacz. I to dziwne kołatanie serca, które czasem aż zapiera dech. Zdałam sobie sprawę, że zaczynam odbudowywać wokół siebie mur, za który lata temu z taką łatwością się przedostałeś. Mur, dzięki któremu nikt miał mnie nie skrzywdzić i który przestał być potrzebny, bo przy Tobie byłam taka bezpieczna. Powstaje na nowo. Większy, solidniejszy. Nie wiem tylko, czy bardziej ma chronić przed tym, co na zewnątrz czy wewnątrz. Ani czy gdy już zostanie ukończony, ktokolwiek mnie zza niego rozpozna. I coraz częściej myślę, że nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.