Śpisz pięknie tak
Po kątach cisza gra
Szkoda słów...
Resztę dopowie księżyc
Śpisz, staram się
Oddychać szeptem
Pościel jeszcze pachnie
Ogniem naszych ciał
Ref.:
Kiedyś znajdę dla nas dom
Z wielkim oknem na świat
Znowu zaczniesz ufać mi
Nie pozwolę Ci się bać
Kiedyś wszystkie czarne dni
Obrócimy w dobry żart
Znowu będziesz ufał mi
Teraz śpij...
Wiem, dobrze wiem
Potrafię ranić tak jak nikt, przykro mi
Nie wiem co robić, gdy płaczesz
Już nie śmiejesz się - jak kiedyś
Wszystko jest inaczej...
Kolejny raz proszę Cię,
o ostatnią szansę .
Ref. Kiedyś znajdę dla nas dom,
Z wielkim oknem na świat.
Znowu będziesz ufał mi.
Nie pozwolę Ci się bać.
Kiedyś wszystkie czarne dni,
Obrócimy w dobry żart.
Znowu będziesz ufał mi.
Teraz śpij...
Zwykła piosenka. Zwykła niezwykła. Kolejna, która brzmi zupełnie inaczej niż kiedyś. Przedtem. Każde słowo nabiera nowego, nieznanego wcześniej znaczenia. Dziś popłynęła z radiowych głośników akurat, gdy za sprawą kilku sprawnych ruchów fryzjerskiej ręki moje hodowane od tak dawna włosy przestały być częścią mnie. Zastąpiła je krótka fryzura, jakiej nie miałam od czasów sięgających chyba gdzieś ostatnich lat podstawówki. Często drażniłam się z Nim, że je obetnę. Lubiłam tą Jego minę. Uwielbiał je. Długie włosy były dla Niego synonimem piękna, seksapilu, niezbędnym atrybutem kobiecości. Moje sięgały już prawie pasa. Mija niemal miesiąc, jak cieszył się nimi ostatni raz... kilkanaście tygodni, odkąd ostatni raz ich dotykał, owijał wokół palca, wtulał się, mówił ''ładnie Ci tak''... ciach, ciach, ciach... zaplecione w warkocze, spakowane w torebki czekają na wysłanie do fundacji, gdzie przeobrażą je w perukę dla kogoś, kto swoje włosy stracił w walce z chorobą. Może ktoś kiedyś jeszcze uśmiechnie się na ich widok? Może jakiś zakochany w swojej wybrance mężczyzna? Z daleka ode mnie, mojej głowy, myśli, wspomnień o cudownych chwilach, których były świadkiem. Może teraz uszczęśliwią kogoś innego.
piątek, 29 listopada 2013
środa, 27 listopada 2013
Uciekinierka.
Oszukiwaliście się kiedyś? Wmawialiście sobie, że coś zrobicie lub
nie, wiedząc dokładnie, że i tak będzie zupełnie inaczej? Mi zdarzało
się to kiedyś dość często, ale żyjąc na co dzień z kimś, kto zna cię
lepiej niż ty sam, jest to o wiele trudniejsze - owszem, można próbować,
mówić: zrobię, nie zrobię, postąpię tak czy siak, ale o ile oszukanie
siebie, zagłuszenie głosu ''taaaa, jasne'' wymaga jedynie pewnej wprawy,
tak wyprowadzenie w pole kogoś, kto poznał każdy najmniejszy zakamarek
ciebie jest mało prawdopodobne. Powoli uczyłam się więc ważenia sił na
zamiary, ale też zdyscyplinowania, mozolnego dążenia do celu oraz tego,
że to co chcemy, powinniśmy i musimy, to czasem zupełnie niezwiązane ze
sobą rzeczy.
Mówiłam o Nim, że jest moim głosem rozsądku. Pilnował też, żebym za daleko nie zapędzała się z zamartwianiem, że ze wszystkim nie dam rady. ''Nie myśl o wszystkim na raz'', mówił. Znał mnie jak nikt inny i nie dało się o tym zapomnieć... Ciągle zadziwia mnie łatwość z jaką operuję czasem przeszłym. Czyżby to kolejna część wyparcia? Paradoksalnego mówienia o rzeczach wprost, bo tak naprawdę nadal nie przyjmuję ich istnienia, zaprzeczam? Nawet by pasowało...
A skoro o wyparciu mowa - pamiętacie, co mówiłam parę dni temu? O kolorze w życiu, nowej sile, odwadze, bla, bla bla? No właśnie, mniej więcej tyle co te ''bla, bla, bla'' zostało z pozornego spokoju jaki wypracowałam sobie podczas wyjazdu. Wystarczyło przekroczyć próg domu, by wszystko to szlag trafił. Chciałam spojrzeć w lustro, popatrzeć na kolczyki i trzymać się swojego postanowienia, ale najpierw mój wzrok natrafił na Jego szczoteczkę do zębów i musiały minąć dwa dni, zanim przestałam zalewać się łzami na jej widok. Może kiedyś coś z nią zrobię, może schowam, może to przezwyciężę i zostawię gdzie jest... póki co - dla bezpieczeństwa, ze strachu, bezsilności - nawet jej nie dotykam. Jak i żadnej innej z Jego rzeczy. Może kiedyś.
A z nowości? Obie z Olgą wróciłyśmy z tych wojaży nieźle podziębione. Ją bidulkę męczy kaszel, ale dzięki radom naszej pediatry po niecałych dwóch dniach lepiej już się czuje, ja za to do cieknącego nosa dorzucam dziś jeszcze ból gardła i głowy, co nie wróży dobrze na następne dni.
Bilans? Stan ducha - po chwilowej ucieczce od rzeczywistości - tak jak było lub gorzej. Stan ciała - zdecydowanie na minus. Dodatkowo zaczęłam załatwiać rzeczy z dłuuuugiej listy sprawunków, z których jeden bardziej przytłacza mnie od drugiego. Dziś wypełniając pewne dokumenty ominęłam rubrykę ''stan cywilny''. Nie potrafiłam jej wypełnić. Na pewno słyszeliście, że niektóre rzeczy ceni się dopiero, jak już ich nie ma? Ja właśnie rozpaczliwie zaczęłam tęsknić za słowem ''żona''...
Mówiłam o Nim, że jest moim głosem rozsądku. Pilnował też, żebym za daleko nie zapędzała się z zamartwianiem, że ze wszystkim nie dam rady. ''Nie myśl o wszystkim na raz'', mówił. Znał mnie jak nikt inny i nie dało się o tym zapomnieć... Ciągle zadziwia mnie łatwość z jaką operuję czasem przeszłym. Czyżby to kolejna część wyparcia? Paradoksalnego mówienia o rzeczach wprost, bo tak naprawdę nadal nie przyjmuję ich istnienia, zaprzeczam? Nawet by pasowało...
A skoro o wyparciu mowa - pamiętacie, co mówiłam parę dni temu? O kolorze w życiu, nowej sile, odwadze, bla, bla bla? No właśnie, mniej więcej tyle co te ''bla, bla, bla'' zostało z pozornego spokoju jaki wypracowałam sobie podczas wyjazdu. Wystarczyło przekroczyć próg domu, by wszystko to szlag trafił. Chciałam spojrzeć w lustro, popatrzeć na kolczyki i trzymać się swojego postanowienia, ale najpierw mój wzrok natrafił na Jego szczoteczkę do zębów i musiały minąć dwa dni, zanim przestałam zalewać się łzami na jej widok. Może kiedyś coś z nią zrobię, może schowam, może to przezwyciężę i zostawię gdzie jest... póki co - dla bezpieczeństwa, ze strachu, bezsilności - nawet jej nie dotykam. Jak i żadnej innej z Jego rzeczy. Może kiedyś.
A z nowości? Obie z Olgą wróciłyśmy z tych wojaży nieźle podziębione. Ją bidulkę męczy kaszel, ale dzięki radom naszej pediatry po niecałych dwóch dniach lepiej już się czuje, ja za to do cieknącego nosa dorzucam dziś jeszcze ból gardła i głowy, co nie wróży dobrze na następne dni.
Bilans? Stan ducha - po chwilowej ucieczce od rzeczywistości - tak jak było lub gorzej. Stan ciała - zdecydowanie na minus. Dodatkowo zaczęłam załatwiać rzeczy z dłuuuugiej listy sprawunków, z których jeden bardziej przytłacza mnie od drugiego. Dziś wypełniając pewne dokumenty ominęłam rubrykę ''stan cywilny''. Nie potrafiłam jej wypełnić. Na pewno słyszeliście, że niektóre rzeczy ceni się dopiero, jak już ich nie ma? Ja właśnie rozpaczliwie zaczęłam tęsknić za słowem ''żona''...
niedziela, 24 listopada 2013
Do celu, na kolorowo.
Błądziliśmy od zawsze. Potrafiliśmy bezbłędnie przemierzyć Europę spontanicznie zbaczając z kursu by zwiedzić nieznane miasteczka, a zgubić drogę 20km od domu. Kiedy ktoś nam mówił ''dojedziecie bez problemu'' wybuchaliśmy śmiechem, bo jeżeli gdzieś prowadziła prosta droga, pewnym było, że na niej właśnie się zgubimy. Uwielbiam mapy, umiem i lubię z nich korzystać (w ostatnim czasie ze zdziwieniem odkryłam, że to wcale nie taka popularna umiejętność, zwłaszcza u pań; wstydźcie się!), tak samo jak prowadzić samochód, a podróże z Nim cieszyły w każdej minucie. Nawet te niekoniecznie prosto do celu. Przecież zawsze można zawrócić lub pojechać jakoś inaczej, i tak właśnie robiliśmy. I nie doszukujcie się tu sprzeczności - z mapami szło nam jak z płatka, gorzej, gdy próbowaliśmy na przykład dojechać do kuzynki mieszkającej w Karlsruhe wiedząc tylko, że to trzeci dom po prawej na ulicy, jaką nam podano. Tak, z Nim mogłam błądzić bez końca... Ale dziś nie jeżdżę już z Nim, a z Nią, naszą małą Olgą, która samochód znosi jedynie w minimalnych dawkach, a każda zbędna chwila poświęcona na poszukiwanie właściwiej drogi w równym stopniu stresuje nas obie (ewentualnie tylko mnie, przerażoną, że Olga zaraz się obudzi i zacznie domagać natychmiastowego uwolnienia z okowów fotelika). I tak o to, pomiędzy przybyciem do Miasta Know-How a wyruszeniem do stolicy Dolnego Śląska, zrodził się natychmiastowo zrealizowany pomysł nabycia GPSa. ''Po co nam GPS? Mapy mamy''. Ale nie ma już Nas, nie ma już z kim ze śmiechem kolejny raz zawracać w poszukiwaniu właściwego zjazdu. Teraz trzeba po prostu jak najszybciej dojechać do celu.
A kolor? Tego koloru, tego co oznacza i co ze sobą niesie, to ja sama jeszcze trochę się boję. Ja, ta stara ja, ta Jego, ta, którą kochał, uwielbiał, nie chciał zmieniać, lubiłam prostotę i klasykę, stonowane kolory, czerń, czasem tylko przełamane jakimś odważniejszym akcentem, proste kroje, żadnych wzorków czy malunków. I ''dorosłą'' bieliznę. I marzyłam o jasnym, przestronnym (małym, tylko niezagraconym) domu, jasnych barwach, bieli, beżach, odrobinie brązu i zieleni, meblach w naturalnym drewnie, białym płotku. Dziś uciekam przed tym wszystkim. Dziś szukam koloru, który oszukałby trochę czerń, którą widzę w sobie, drobiazgów, które zapełniłyby pustkę, którą czuję. I tak kolorowe kolczyki, i poduszki, i kwiaty do włosów, i najbardziej pstrokata bielizna jaką miałam chyba od czasów podstawówki, i landrynkowy szampon do włosów, i trudny do określenia odcień zieleni (chyba) na paznokciach... to wszystko wraca ze mną z podróży, która sprawiła, że te dni nie były tylko próbą ucieczki od koszmaru. Nadal nie mam odwagi spojrzeć w lustro, wystarczył jeden sms od Jego przyjaciela, choć pełen życzliwości i wsparcia, by na nowo wpędzić mnie w otchłań, z której na milimetry tylko wysunęłam czubek głowy, ale wiem, że teraz przede wszystkim mam cudowną córeczkę, która potrzebuje szczerego uśmiechu i radości, harmonii i spokoju, mamy, która nigdy nie da jej tego domu, jaki miała przez krótką chwilę, wymarzonego dla nas wszystkich, ale która może stworzy inny, nie lepszy, to niemożliwe, ale najlepszy jaki będzie w stanie. Pełen koloru i ciepła. I ten kolor właśnie wdziera się do mojego życia, pod najbardziej zaskakującą i niepozorną formą ręcznie robionych kolczyków, które radośnie zwisają na uszach, przyciągając zaciekawione spojrzenie i malutkie rączki, które najchętniej włożyłyby sobie te kolorowe cuda do buzi.
Jutro wracamy do domu... do tych czterech ścian, które chwilowo z domem tylko tyle mają wspólnego. I znowu będzie ciężko, znowu będę omijać wzrokiem jego część szafy, znowu nie ruszę z deski do prasowania naszych poskładanych ubrań, znowu będę się bała otworzyć szafkę w łazience... i znowu wyzwaniem będzie spojrzeć w lustro, znaleźć swoje odbicie, bez Niego. Za to jeśli spojrzę, zobaczę tam kolorowe kolczyki i chociaż część mnie w każdej minucie rozpacza nad tym co straciliśmy, z tęsknoty, ze strachu, to znajdzie się może i jakiś kawalątek, który spróbuje zrobić kolejny, jeden malutki kroczek... nie powiem na przód, na to chyba za wcześnie, ale może chociaż obiorę właściwy kierunek?
A kolor? Tego koloru, tego co oznacza i co ze sobą niesie, to ja sama jeszcze trochę się boję. Ja, ta stara ja, ta Jego, ta, którą kochał, uwielbiał, nie chciał zmieniać, lubiłam prostotę i klasykę, stonowane kolory, czerń, czasem tylko przełamane jakimś odważniejszym akcentem, proste kroje, żadnych wzorków czy malunków. I ''dorosłą'' bieliznę. I marzyłam o jasnym, przestronnym (małym, tylko niezagraconym) domu, jasnych barwach, bieli, beżach, odrobinie brązu i zieleni, meblach w naturalnym drewnie, białym płotku. Dziś uciekam przed tym wszystkim. Dziś szukam koloru, który oszukałby trochę czerń, którą widzę w sobie, drobiazgów, które zapełniłyby pustkę, którą czuję. I tak kolorowe kolczyki, i poduszki, i kwiaty do włosów, i najbardziej pstrokata bielizna jaką miałam chyba od czasów podstawówki, i landrynkowy szampon do włosów, i trudny do określenia odcień zieleni (chyba) na paznokciach... to wszystko wraca ze mną z podróży, która sprawiła, że te dni nie były tylko próbą ucieczki od koszmaru. Nadal nie mam odwagi spojrzeć w lustro, wystarczył jeden sms od Jego przyjaciela, choć pełen życzliwości i wsparcia, by na nowo wpędzić mnie w otchłań, z której na milimetry tylko wysunęłam czubek głowy, ale wiem, że teraz przede wszystkim mam cudowną córeczkę, która potrzebuje szczerego uśmiechu i radości, harmonii i spokoju, mamy, która nigdy nie da jej tego domu, jaki miała przez krótką chwilę, wymarzonego dla nas wszystkich, ale która może stworzy inny, nie lepszy, to niemożliwe, ale najlepszy jaki będzie w stanie. Pełen koloru i ciepła. I ten kolor właśnie wdziera się do mojego życia, pod najbardziej zaskakującą i niepozorną formą ręcznie robionych kolczyków, które radośnie zwisają na uszach, przyciągając zaciekawione spojrzenie i malutkie rączki, które najchętniej włożyłyby sobie te kolorowe cuda do buzi.
Jutro wracamy do domu... do tych czterech ścian, które chwilowo z domem tylko tyle mają wspólnego. I znowu będzie ciężko, znowu będę omijać wzrokiem jego część szafy, znowu nie ruszę z deski do prasowania naszych poskładanych ubrań, znowu będę się bała otworzyć szafkę w łazience... i znowu wyzwaniem będzie spojrzeć w lustro, znaleźć swoje odbicie, bez Niego. Za to jeśli spojrzę, zobaczę tam kolorowe kolczyki i chociaż część mnie w każdej minucie rozpacza nad tym co straciliśmy, z tęsknoty, ze strachu, to znajdzie się może i jakiś kawalątek, który spróbuje zrobić kolejny, jeden malutki kroczek... nie powiem na przód, na to chyba za wcześnie, ale może chociaż obiorę właściwy kierunek?
piątek, 22 listopada 2013
Last Christmas...
Koszyczek na pieluchy niemal pusty, ostatni jogurcik, które Olga tak uwielbia, zjedzony i ja też wbrew wszelkiej logice (czy tam właśnie zgodnie z nią...) muszę od czasu do czasu coś zjeść, więc nie ma rady - czas na zakupy. Chociaż wszelkie wrażenia niechęci z jaką wypowiadałabym się o robieniu zakupów są raczej niezamierzone, jako że ich odmóżdżająca rola już od jakiegoś czasu ma na mnie dobry wpływ. Centrum handlowego nie widziałam już od miesięcy - ostatni raz gdzieś tam w początkach ciąży, więc mogę chyba mówić o galeriowej abstynencji - za to taki sklep z sieci na L. czy inna B. doskonale spełnia się w swojej roli. Idę więc z tym moim szkrabem, sadzam ją do wózka na zakupy (powinnyśmy raczej wybrać się do lasu, ale jest zimno i pada, więc czuję się absolutnie usprawiedliwiona) i wrzucamy do niego kolejne produkty. Ostatnio w L. coraz więcej asortymentu dla maluchów, nie tylko pieluch, jedzenia czy chemii, ale też skarpetek, koszulek, dresików i innych przeróżnych ubranek, którym i tym razem poświęcam chwilę uwagi. Jeden kosz, następny, przeglądam kilka rzeczy i idę dalej... w kolejnym zupełnie nieoczekiwanie natrafiam na męskie skarpetki. Niby nic takiego, tylko skarpetki, zwykłe, niczyje, ale moje myśli natychmiast zaczynają podążać w niechcianym kierunku, z dala od którego udało mi się je utrzymać dobre kilka godzin. Szybko porzucam więc te skarpetki i idę dalej, a im dalej, tym więcej męskich koszulek, swetrów, piżam... chwilę temu jeszcze takie oglądałam, jeszcze miałam dla kogo, teraz przyspieszam kroku, byle tylko na nie nie patrzeć. W tej ucieczce trafiam prosto na świąteczne ozdoby, kolorowe papiery, bombki i, oczywiście, foremki do domowych ciastek, które były dla Niego nieodłączonym elementem świąt i już wiem, że świat mnie nienawidzi. Nie ma innego wyjaśnienia. Zabieram Olgę i szybkim krokiem zmierzam do kas, byle szybciej stamtąd wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza, zapatrzyć się na uliczny ruch, uciec od myśli. Wychodząc, mimowolnie zerkam na okładkę kolejnej promocyjnej gazetki. Modelowa rodzina w świątecznym wydaniu, z tymi swoimi aktorskimi uśmiechami, za które im zapłacono, żeby mnie dręczyli. W jednej chwili kolejne NIGDY uderza mnie obuchem prosto w brzuch, pozbawiając tchu. Nigdy. Nigdy nie spędzimy świąt we trójkę. Nigdy... Zaciskam kurczowo powieki, ale wstrętne łzy są sprytniejsze i szybsze ode mnie. Nie ma ucieczki, nie ma dokąd, nie ma litości. Jest tylko pustka... i rozpacz. I ciągłe niedowierzanie. I nieuchronny powrót do domu, przesiąkniętego jego obecnością, zapachem, wspomnieniami, tak cudownymi, szczęśliwymi, wciąż na nowo i na nowo rozrywającymi serce. I już wiem, że sama sobie z tym nie poradzę.
środa, 20 listopada 2013
Miasto Know-How.
Uciekłam. Wyjechałam. Chwilowo najdalej jak wydało mi się to możliwe i realne w tej nierealnej sytuacji. Po podróży, która okazała się większym wyzwaniem, niż to w swej naiwności zakładałam, znalazłam się w miejscu, gdzie miałam nadzieję na choć chwilowe zajęcie głowy czym innym.
5 lat temu przyjazd tu był spełnieniem marzeń - po latach widywania się co kilka miesięcy zmniejszyłam odległość między nami na tyle, że spędzaliśmy razem większość weekendów i dni wolnych. Nareszcie. Poznałam też kilka fantastycznych osób, które na stałe zagościły w moim życiu. Dwa lata temu, razem z B. i A., przeszukiwałyśmy miasto w poszukiwaniu idealnej sukienki na nasz cywilny. W zeszłym roku, w nieco szerszym gronie, przeżyłyśmy w tutejszych pubach szaloną noc na pożegnanie mojego ''panieństwa'', a dwa tygodnie później bawiłyśmy się do rana w najcudowniejszy dzień w moim dotychczasowym życiu. Tym razem chowam się pod ich skrzydłami, by uciec od wspomnień o tym wszystkim.
Wczoraj nie było łatwo - spacerując z Olgą po uliczkach nieznanego osiedla czułam się jeszcze bardziej samotna i opuszczona, a przecież to miał być sprawdzian, czy zmiana miejsca, wstęp do przeprowadzki, przyniesie jakąś ulgę. Dziś było znacznie lepiej, dzień zaplanowany do ostatniej minuty, poranna wyprawa po zakupy połączona z nie tak już bardzo planowanym błądzeniem w drodze powrotnej i popołudniowo-wieczorne pogaduchy z B. i A. Znowu razem, jak 5 lat temu, kiedy godzinami gadałyśmy o wszystkim i o niczym. A., po bardzo niemiłych przejściach w pracy, którą dla swojego zdrowia i dobra musiała zmienić, w związku, z którego najwyraźniej chce się wyplątać, ale nie bardzo wie jak. B., jak zwykle rozgadana, radośnie trajkocze o wynajmowanym w piątkę mieszkaniu, kolejnym facecie - chociaż może tym razem to będzie to? - i zadowoleniu z pracy, chociaż zaplecze socjalne pozostawia wiele do jej życzenia. Wszystkie zachwycone Olgą, jej gestami, ruchami. O mnie prawie nie rozmawiamy, bo nawet pytania o plany związane z pracą uświadamiają mi, że nie ma dobrego rozwiązania, więc szybko zmieniamy temat i znowu jest dobrze... na chwilę, na tyle, na ile może być.
Przede mną jeszcze kilka dni prób ucieczki przed rzeczywistością, a potem bolesny do niej powrót. Od poniedziałku pierwszy krok do... nie umiem lub nie chcę tego nazwać, ale wiem, że trzeba to zrobić. Pozamykać konta w banku, załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem, iść na umówione z notariuszem spotkanie... ale jeszcze nie teraz, nie dziś. Za tydzień też będzie za wcześniej, ale biurokracja jest nieubłagana, nieczuła, bezlitosna. A ja nadal nie potrafię się przyznać, że to już. Że za późno. Tak po prostu, w jednej chwili. Przecież musi dać się coś jeszcze zrobić, cofnąć, odmienić. Tak długo walczyliśmy, przecież nie na darmo. Przecież ja wciąż na niego czekam...
5 lat temu przyjazd tu był spełnieniem marzeń - po latach widywania się co kilka miesięcy zmniejszyłam odległość między nami na tyle, że spędzaliśmy razem większość weekendów i dni wolnych. Nareszcie. Poznałam też kilka fantastycznych osób, które na stałe zagościły w moim życiu. Dwa lata temu, razem z B. i A., przeszukiwałyśmy miasto w poszukiwaniu idealnej sukienki na nasz cywilny. W zeszłym roku, w nieco szerszym gronie, przeżyłyśmy w tutejszych pubach szaloną noc na pożegnanie mojego ''panieństwa'', a dwa tygodnie później bawiłyśmy się do rana w najcudowniejszy dzień w moim dotychczasowym życiu. Tym razem chowam się pod ich skrzydłami, by uciec od wspomnień o tym wszystkim.
Wczoraj nie było łatwo - spacerując z Olgą po uliczkach nieznanego osiedla czułam się jeszcze bardziej samotna i opuszczona, a przecież to miał być sprawdzian, czy zmiana miejsca, wstęp do przeprowadzki, przyniesie jakąś ulgę. Dziś było znacznie lepiej, dzień zaplanowany do ostatniej minuty, poranna wyprawa po zakupy połączona z nie tak już bardzo planowanym błądzeniem w drodze powrotnej i popołudniowo-wieczorne pogaduchy z B. i A. Znowu razem, jak 5 lat temu, kiedy godzinami gadałyśmy o wszystkim i o niczym. A., po bardzo niemiłych przejściach w pracy, którą dla swojego zdrowia i dobra musiała zmienić, w związku, z którego najwyraźniej chce się wyplątać, ale nie bardzo wie jak. B., jak zwykle rozgadana, radośnie trajkocze o wynajmowanym w piątkę mieszkaniu, kolejnym facecie - chociaż może tym razem to będzie to? - i zadowoleniu z pracy, chociaż zaplecze socjalne pozostawia wiele do jej życzenia. Wszystkie zachwycone Olgą, jej gestami, ruchami. O mnie prawie nie rozmawiamy, bo nawet pytania o plany związane z pracą uświadamiają mi, że nie ma dobrego rozwiązania, więc szybko zmieniamy temat i znowu jest dobrze... na chwilę, na tyle, na ile może być.
Przede mną jeszcze kilka dni prób ucieczki przed rzeczywistością, a potem bolesny do niej powrót. Od poniedziałku pierwszy krok do... nie umiem lub nie chcę tego nazwać, ale wiem, że trzeba to zrobić. Pozamykać konta w banku, załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem, iść na umówione z notariuszem spotkanie... ale jeszcze nie teraz, nie dziś. Za tydzień też będzie za wcześniej, ale biurokracja jest nieubłagana, nieczuła, bezlitosna. A ja nadal nie potrafię się przyznać, że to już. Że za późno. Tak po prostu, w jednej chwili. Przecież musi dać się coś jeszcze zrobić, cofnąć, odmienić. Tak długo walczyliśmy, przecież nie na darmo. Przecież ja wciąż na niego czekam...
niedziela, 17 listopada 2013
...
Wyjedź. Zostań. Jedź do rodziców.
Przyjedź. Nie wyjeżdżaj. Skończ studia. Idź do pracy. Nie
zostawiaj nas. I moje ulubione – musisz założyć rodzinę.
Słucham ich i myślę, że to jednak nie do mnie mówią, bo to
chyba niemożliwe. A co zrobisz? Jaki masz plan? Życie toczy się
dalej. Myśl o dziecku. Powiedz coś. To co zamierzasz? Staram się
zebrać myśli do kupy, ale one wciąż się rozsypują, toczą po
podłodze, gubią gdzieś pod meblami. Próbuję poskładać
cokolwiek z kawałków wygrzebanych z ruin mojego świata, ale ręce
mi drżą i co chwilę wszystko wali się na nowo. Nie wiem nic.
Minął kolejny dzień. Tak po prostu,
minął. Nie przyniósł ukojenia, ale przecież tego nie
oczekiwałam. Dziś, z wprawiającą mnie w osłupienie swobodą,
ludzie, którzy zarzekliby się, że będą mnie chronić, zaczęli
mi opowiadać o zasiłkach i możliwościach dla samotnej matki.
Samotna matka... brzmi tak obco, że równie nierealnie jak wszystko,
co działo się w ciągu ostatnich tygodni. Samotna matka... głęboki
wdech. W porządku, poradzę sobie. I zaraz potem słyszę ''a, tylko
że Ty nie jesteś samotną matką, tylko wdową''. W mgnieniu oka
namiastka normalności jaką udało mi się odzyskać rozsypuje się
szybciej niż domek z kart i z hukiem większym niż lawina kamieni.
Wdową... w styczniu skończę 28 lat. Miesiąc później mieliśmy
świętować jego trzydzieste urodziny. Za jeszcze kolejny Olga
będzie miała roczek. Wdową... nie, z tym nie jestem sobie w stanie
poradzić...
sobota, 16 listopada 2013
Siedem.
Mijam ich na ulicy. Widzę, choć nie
patrzę. Młodych, roześmianych, trzymających się za ręce,
prowadzących dzieci. Z mniejszymi i większymi problemami,
zostawionymi na chwilę gdzieś z tyłu. Nie znam ich, spotykam po
raz pierwszy... i nienawidzę. Nienawidzę tego, że jak gdyby nigdy
nic po prostu sobie są, kiedy Jego nie ma. Tego, który miał być
zawsze, do końca świata, któremu zaledwie chwilę temu
przysięgałam miłość do końca życia, który był oparciem,
ostoją, bezpieczeństwem, spełnieniem marzeń, moim szczęściem...
nie ma i nie będzie już nigdy. Mówię to, wmawiam sobie, nie
wierzę. Nierealna rzeczywistość tych słów znów miażdży mi
wnętrzności, odbiera oddech, wywołuje mdłości.
Pocałowałam Go na do widzenia i z
uśmiechem zarezerwowanym tylko dla Niego, przerażeniem wbrew mej
woli wdzierającym się do serca i nadzieją na kolejny cud wyszłam
z sali mówiąc Mu ''do jutra''. Jutro nigdy nie nadeszło.
Minęło siedem dni, a każdy kolejny
gorszy jest od poprzedniego. Płynnie przechodzę pomiędzy pustką,
odrętwieniem a najczarniejszą z otchłani. Dziś przede mną
wielkie wyzwanie - pierwsza od tego czasu noc w naszym łóżku. W
naszym, choć już nie naszym, ale i nie moim, bo moje nie było
nigdy... tak znane, a zupełnie obce, przerażające miejsce. Nie
liczę na to, że zasnę, nie, sen przestał być dla mnie odkąd
dobre sny są nie do zniesienia, a najgorsze koszmary i tak okazują
się być lepsze od rzeczywistości. Próbuję swoich sił w starciu
z nią, chociaż jej skrawkiem. Czy może być jeszcze wiele
gorzej...? Ostatecznie znów, zwinięta w kłębek na podłodze, będę
oczekiwała nadejścia świtu. Może kolejny będzie bolał chociaż
odrobinkę mniej...
Subskrybuj:
Posty (Atom)