Oszukiwaliście się kiedyś? Wmawialiście sobie, że coś zrobicie lub
nie, wiedząc dokładnie, że i tak będzie zupełnie inaczej? Mi zdarzało
się to kiedyś dość często, ale żyjąc na co dzień z kimś, kto zna cię
lepiej niż ty sam, jest to o wiele trudniejsze - owszem, można próbować,
mówić: zrobię, nie zrobię, postąpię tak czy siak, ale o ile oszukanie
siebie, zagłuszenie głosu ''taaaa, jasne'' wymaga jedynie pewnej wprawy,
tak wyprowadzenie w pole kogoś, kto poznał każdy najmniejszy zakamarek
ciebie jest mało prawdopodobne. Powoli uczyłam się więc ważenia sił na
zamiary, ale też zdyscyplinowania, mozolnego dążenia do celu oraz tego,
że to co chcemy, powinniśmy i musimy, to czasem zupełnie niezwiązane ze
sobą rzeczy.
Mówiłam o Nim, że jest moim głosem rozsądku. Pilnował
też, żebym za daleko nie zapędzała się z zamartwianiem, że ze wszystkim
nie dam rady. ''Nie myśl o wszystkim na raz'', mówił. Znał mnie jak
nikt inny i nie dało się o tym zapomnieć... Ciągle zadziwia mnie łatwość
z jaką operuję czasem przeszłym. Czyżby to kolejna część wyparcia?
Paradoksalnego mówienia o rzeczach wprost, bo tak naprawdę nadal nie
przyjmuję ich istnienia, zaprzeczam? Nawet by pasowało...
A skoro
o wyparciu mowa - pamiętacie, co mówiłam parę dni temu? O kolorze w
życiu, nowej sile, odwadze, bla, bla bla? No właśnie, mniej więcej tyle
co te ''bla, bla, bla'' zostało z pozornego spokoju jaki wypracowałam
sobie podczas wyjazdu. Wystarczyło przekroczyć próg domu, by wszystko to
szlag trafił. Chciałam spojrzeć w lustro, popatrzeć na kolczyki i
trzymać się swojego postanowienia, ale najpierw mój wzrok natrafił na
Jego szczoteczkę do zębów i musiały minąć dwa dni, zanim przestałam
zalewać się łzami na jej widok. Może kiedyś coś z nią zrobię, może
schowam, może to przezwyciężę i zostawię gdzie jest... póki co - dla
bezpieczeństwa, ze strachu, bezsilności - nawet jej nie dotykam. Jak i
żadnej innej z Jego rzeczy. Może kiedyś.
A z nowości? Obie z Olgą
wróciłyśmy z tych wojaży nieźle podziębione. Ją bidulkę męczy kaszel,
ale dzięki radom naszej pediatry po niecałych dwóch dniach lepiej już
się czuje, ja za to do cieknącego nosa dorzucam dziś jeszcze ból gardła i
głowy, co nie wróży dobrze na następne dni.
Bilans? Stan ducha - po chwilowej ucieczce od rzeczywistości - tak jak było lub gorzej. Stan ciała - zdecydowanie na minus.
Dodatkowo zaczęłam załatwiać rzeczy z dłuuuugiej listy sprawunków, z
których jeden bardziej przytłacza mnie od drugiego. Dziś wypełniając
pewne dokumenty ominęłam rubrykę ''stan cywilny''. Nie potrafiłam jej
wypełnić. Na pewno słyszeliście, że niektóre rzeczy ceni się dopiero,
jak już ich nie ma? Ja właśnie rozpaczliwie zaczęłam tęsknić za słowem
''żona''...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz