Mijam ich na ulicy. Widzę, choć nie
patrzę. Młodych, roześmianych, trzymających się za ręce,
prowadzących dzieci. Z mniejszymi i większymi problemami,
zostawionymi na chwilę gdzieś z tyłu. Nie znam ich, spotykam po
raz pierwszy... i nienawidzę. Nienawidzę tego, że jak gdyby nigdy
nic po prostu sobie są, kiedy Jego nie ma. Tego, który miał być
zawsze, do końca świata, któremu zaledwie chwilę temu
przysięgałam miłość do końca życia, który był oparciem,
ostoją, bezpieczeństwem, spełnieniem marzeń, moim szczęściem...
nie ma i nie będzie już nigdy. Mówię to, wmawiam sobie, nie
wierzę. Nierealna rzeczywistość tych słów znów miażdży mi
wnętrzności, odbiera oddech, wywołuje mdłości.
Pocałowałam Go na do widzenia i z
uśmiechem zarezerwowanym tylko dla Niego, przerażeniem wbrew mej
woli wdzierającym się do serca i nadzieją na kolejny cud wyszłam
z sali mówiąc Mu ''do jutra''. Jutro nigdy nie nadeszło.
Minęło siedem dni, a każdy kolejny
gorszy jest od poprzedniego. Płynnie przechodzę pomiędzy pustką,
odrętwieniem a najczarniejszą z otchłani. Dziś przede mną
wielkie wyzwanie - pierwsza od tego czasu noc w naszym łóżku. W
naszym, choć już nie naszym, ale i nie moim, bo moje nie było
nigdy... tak znane, a zupełnie obce, przerażające miejsce. Nie
liczę na to, że zasnę, nie, sen przestał być dla mnie odkąd
dobre sny są nie do zniesienia, a najgorsze koszmary i tak okazują
się być lepsze od rzeczywistości. Próbuję swoich sił w starciu
z nią, chociaż jej skrawkiem. Czy może być jeszcze wiele
gorzej...? Ostatecznie znów, zwinięta w kłębek na podłodze, będę
oczekiwała nadejścia świtu. Może kolejny będzie bolał chociaż
odrobinkę mniej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz