sobota, 16 listopada 2013

Siedem.

Mijam ich na ulicy. Widzę, choć nie patrzę. Młodych, roześmianych, trzymających się za ręce, prowadzących dzieci. Z mniejszymi i większymi problemami, zostawionymi na chwilę gdzieś z tyłu. Nie znam ich, spotykam po raz pierwszy... i nienawidzę. Nienawidzę tego, że jak gdyby nigdy nic po prostu sobie są, kiedy Jego nie ma. Tego, który miał być zawsze, do końca świata, któremu zaledwie chwilę temu przysięgałam miłość do końca życia, który był oparciem, ostoją, bezpieczeństwem, spełnieniem marzeń, moim szczęściem... nie ma i nie będzie już nigdy. Mówię to, wmawiam sobie, nie wierzę. Nierealna rzeczywistość tych słów znów miażdży mi wnętrzności, odbiera oddech, wywołuje mdłości.
Pocałowałam Go na do widzenia i z uśmiechem zarezerwowanym tylko dla Niego, przerażeniem wbrew mej woli wdzierającym się do serca i nadzieją na kolejny cud wyszłam z sali mówiąc Mu ''do jutra''. Jutro nigdy nie nadeszło.
Minęło siedem dni, a każdy kolejny gorszy jest od poprzedniego. Płynnie przechodzę pomiędzy pustką, odrętwieniem a najczarniejszą z otchłani. Dziś przede mną wielkie wyzwanie - pierwsza od tego czasu noc w naszym łóżku. W naszym, choć już nie naszym, ale i nie moim, bo moje nie było nigdy... tak znane, a zupełnie obce, przerażające miejsce. Nie liczę na to, że zasnę, nie, sen przestał być dla mnie odkąd dobre sny są nie do zniesienia, a najgorsze koszmary i tak okazują się być lepsze od rzeczywistości. Próbuję swoich sił w starciu z nią, chociaż jej skrawkiem. Czy może być jeszcze wiele gorzej...? Ostatecznie znów, zwinięta w kłębek na podłodze, będę oczekiwała nadejścia świtu. Może kolejny będzie bolał chociaż odrobinkę mniej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz