niedziela, 30 marca 2014

W sosie własnym...

Po niemal rocznej przerwie wróciłam na studia. Nie chce się wierzyć, że to aż tyle czasu. Zaczynałam studia z zapałem, teraz staram się odzyskać choć odrobinę zainteresowania nimi. Na dodatek obecność na zajęciach, choć ograniczona do minimum, wiąże się z koniecznością zostawiania Olgi pod opieką dziadków, a to nadal nie przychodzi mi łatwo. I jeszcze zjazdy są w weekendy, kiedy to powinnyśmy zwiedzać leśne lub parkowe ścieżki, karmić kaczki, zbierać stokrotki i śmigać na urodzinowym rowerku. Słysząc o powrocie na studia, B. powiedział, że by mu się już nie chciało. Czy mi się chce? Sama nie wiem... wiem za to, że tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Obiecałam Mu. Właściwie to powiedziałam, że jeśli wróci, to skończę nie tylko ten licencjat, ale i rozgrzebaną magisterkę ze znienawidzonej chemii, a jeśli nie, to pieprzyć to wszystko. To były nasze ostatnie dni, do świadomości zaczynała wdzierać się powaga sytuacji, choć nadal nie umiem tego przyznać. Za to już wtedy wiedziałam, że stawiam niesprawiedliwe ultimatum. On walczył ze wszystkich sił, które nieuchronnie się kończyły, a ja ciągle szukałam łatwiejszego sposobu na życie. Przez lata mnie dopingował, powtarzał ''musisz to wreszcie skończyć'', poczyniliśmy sporo wyrzeczeń i ustępstw na rzecz tych - jednych i drugich - studiów i teraz, bardziej niż kiedykolwiek, nie wolno mi tego zaprzepaścić. To jedyny powód. Nie ma już chęci, zapału, zniknęły ambicje. A każda podróż na uczelnię to powracający koszmar... przez prawie trzy miesiące przemierzałam niemal tą samą trasę, by któregoś dnia przecież wreszcie zabrać go do domu... Przepłakuję całą drogę, tam i z powrotem. Duszę się... w aucie, w domu, sama ze sobą... znów mam wrażenie, że codziennie jest gorzej. Żyję w świecie, którego nie ma, gdzieś pomiędzy wspomnieniami a iluzją, rzeczami, które nigdy się nie wydarzą, słowami, które nie zostaną wypowiedziane a przytłaczającą rzeczywistością, przed którą staram się uciec, życiem, którego już nigdy nie będzie, a szczęściem, które staram się zapewnić córeczce i które ona tak szczodrze zwraca. Olga wydaje się szczęśliwa i tylko to się liczy. A potem widzę jak Jego rodzice obco na siebie spoglądają - dwoje ludzi, którzy spędzają razem życie tak osobno jak tylko się da. Dzwonię do swoich rodziców, których łączy już chyba tylko wspólne nazwisko. Tata wszystko bagatelizuje, odcina się; dorosły mężczyzna, który nigdy tak naprawdę nie dorósł. Mama mierzy wszystkich swoją miarą doskonałości, której nikt nie jest w stanie sprostać i pogrąża się we własnym nieszczęściu. Tak było od zawsze, ale kiedy ich problemy, nieporozumienia, porażki zaczynały mnie przytłaczać, przy Nim odzyskiwałam spokój, poczucie bezpieczeństwa - my byliśmy szczęśliwi i to dawało siłę by walczyć ze złem tego świata. Teraz nie wiem gdzie się podziać. Za to w życiu B. pojawiła się właśnie nowa osoba. Właściwie to nie nowa, a na nowo. Może wreszcie to będzie to? Oby. Ktoś przecież w tej rodzinie musi być szczęśliwy...

Dziecko wiosny.

Urodziła się w najcieplejszym, jednym z niewielu słonecznych marcowych dni zeszłego roku. Wniosła zamęt i spokój, niepewność i szczęście, wyrzeczenia i radość. I miłość, choć zdawać by się mogło, że nasz dom był nią już wypełniony po brzegi. Dziś tylko ta miłość daje siły do kolejnego oddechu. Pierwszy roczek w pierwszym dniu wiosny. Niechaj zawsze świeci nad Tobą słońce, Słoneczko. Życzenia spływają z różnych zakątków świata (głównie dzięki masowej migracji naszej rodziny w różne jego strony), mniejsze i większe prezenciki cieszą małe rączki i bystre oczka, wywołując łobuzerski uśmiech, tort w przygotowaniu, balony nadmuchane, tunel do zabawy (nad zrobieniem którego ślęczę już chyba od miesiąca) wreszcie zaczyna nabierać ostatecznych kształtów, goście zaproszeni, sobotnie świętowanie urodzin małej solenizantki coraz bliżej... Tylko Ciebie brakuje, choć dziś pewnie jesteś przy nas tak blisko jak to tylko możliwe. Tak bardzo nam Cię brakuje... i tej świeczuszki, którą zapaliłbyś na torcie, a zamiast której my palimy Ci zupełnie inną... wszystko nie tak...

piątek, 7 marca 2014

Prawdy ludowe.

Mówią, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni, ale to chyba nie do końca tak. Kiedy było ciężko, ale miałam to za stan przejściowy i jak światełka w tunelu wyczekiwałam zmiany, myślałam sobie, że jeśli z tym dam radę, to będę niczym skała. Bo co może wzmocnić bardziej niż widok ukochanej osoby w tak ciężkim stanie, poczucie bezradności i bezsilności a przy tym wiara, oczekiwanie na lepsze, bycie razem na dobre i na złe. Bo jak tylko złe przeminie... Ale nie przeminęło, zmieniło się w najczarniejsze, najbardziej koszmarne, niewyobrażalne przeżycie, które zmieniło wszystko. I dziś, gdy niemal mijają 4 miesiące od najgorszego dnia jakiego nawet nie byłam sobie w stanie wyobrazić myślę sobie, że to wcale nie jest tak, jak mówią. Z jednej strony, owszem, wydaje mi się, że już nic nie jest mnie w stanie ruszyć; magiczna ''trzydziestka'' jeszcze za horyzontem, a ja przeżyłam już to, co mogło być najlepsze i najgorsze do przeżycia. Poznałam tego Jedynego, postawiłam życie do góry nogami, żeby z Nim być, stworzyliśmy cudowny, szczęśliwy dom, urodziła nam się wymarzona córeczka... a potem nagle zostałyśmy same, w obcym mieście, w tak obcym teraz, nie naszym domu. Najlepsze i najgorsze chwile, to już wszystko było. Pod tym względem może jestem trochę jak ta skała, bo czy jest coś, co jeszcze mogłoby mnie poruszyć? Tylko czy ja to jeszcze ja? Uciekam przed wszystkim, co robiliśmy razem, wymazałam z myśli wszystko, co razem mieliśmy stworzyć, zdobyć, zrealizować, zobaczyć... 10 lat podążania w jednym kierunku, w którego stronę już nie potrafię iść. Za to ścięłam włosy, które On tak uwielbiał, zrobiłam tatuaż, od którego starał się mnie odwieść, choć sam zaprojektował wzór, myślę o kupieniu motoru, choć kategorycznie zabronił mi takiej głupoty... I nie chcę już jechać do Grecji, o której marzyłam, oddałam wszystkie sukienki, które tak lubiłam, ale zbytnio kojarzą się z Nim, bo właśnie dla Niego z początku pojawiły się w mojej szafie, kupiłam telewizor, który nam był zbędny i myślę, że może będziemy miały z Olgą kota, choć przecież wolę psy, ale on nie chciał kotów, więc może jednak kot... Czy ja to jeszcze ja? Obiecałam Jego bratu, który w ostatnich miesiącach stał mi się bliższy niż po trzech latach rodzinnych relacji, nie robić niczego pochopnie, dać sobie czas i pozwolić, by odpowiedni moment na ważne decyzje przyszedł sam. Moment chyba nadchodzi... u progu wielkiej afery, która zbliża się wielkimi krokami i jest chyba nieunikniona, a po której jedynym rozwiązaniem będzie spakowanie naszych, całej trójki rzeczy i poszukanie nowego domu, stawiam na szalach wagi lata wspomnień, ukryte w każdym kącie naszego domu i których nie chcę opuścić i zbyt wielkie pokłady żalu i rozpaczy, by móc tam przed nimi uciec; chęć posiadania choć namiastki rodziny i ich brak zrozumienia, ciągłe patrzenie przez pryzmat jedynie własnych przeżyć; chęć ucieczki jak najdalej i lęk przed tym, że zostanę całkiem sama... i to potworne poczucie zagubienia, brak kierunku, w którym podążać, brak wsparcia, a przede wszystkim brak Jego, Jego mądrości, rad, a także upomnień, gdy się należały... Nie mam pojęcia, jak pokierować swoim życiem, a jest jeszcze przecież malutka Olga, za którą jestem odpowiedzialna i dla której muszę przestać udawać, że wszystko samo się rozwiąże, poukłada... tylko jaką decyzję podjąć? Co zrobić, żeby było dobrze? I za jaką cenę... Ty byś wiedział, ale gdybyś tu był, to wszystko by się nie działo... Nie byłam na to przygotowana, nie jestem, nie mam alternatywnego pomysłu na swoje życie, nie wiem, jak samej wychować dziecko... Zawsze wszystko planowałam, a teraz nie wiem nic. Nie poznaję sama siebie. Część mnie, ta którą kochałeś, umarła i nigdy nie będę już taka jak kiedyś. Nie znam tej siebie, która została i coraz bardziej boję się, że sobie nie poradzę. Wbrew temu, czego sama się spodziewałam, przeżyłam, nie miałam wyjścia, ale nigdy nie czułam się tak słaba.