wtorek, 22 stycznia 2013

Punktualność.

To nigdy nie była moja mocna strona. Właściwie to nigdy nie była moja żadna strona, bo z punktualnością znamy się tylko ze słyszenia. Przez lata podjęłam liczne próby stawienia jej czoła, ale to chyba po prostu nie dla mnie. I to nie to, że się nie staram. Dobrze wiem, ile wcześniej powinnam wyjść, żeby zdążyć w dane miejsce na czas, ale po drodze zawsze, ZAWSZE wypada jakieś ''coś'', które i tak pokrzyżuje moje plany.
Wczoraj na przykład. Mój M. postanowił poprawić mi humor w nie najlepszym do tej pory dniu i zaprosić do knajpy na soczek. Soczek zamienił się w herbatę, a do niej dodana była jeszcze przepyszna tortilla, ale ja przecież nie o tym.
''Bądź o wpół do, ja przyjdę pieszo''. Wpół do, ok, czyli te 15-20 po trzeba wyjść. Da się zrobić. Miałam jeszcze chyba ze 40min, całą masę czasu, który przecież trzeba było wykorzystać. Przejrzałam kolejne aukcje na pewnym serwisie internetowym na A. w poszukiwaniu kolejnych elementów wyprawki dla maleństwa. Dorzuciłam trochę drewna do kominka. Opierdzieliłam psa, bo znowu zeżarł coś, czego absolutnie nie powinien. Takie tam drobiazgi. 5 po, oj, trzeba się zbierać. Przetrząsnęłam szybko kupkę ubrań (dlaczego one nie są w szafie?!), przebrałam się, błyskawiczna kreska na powiece, ale zaraz co to znowu za plamki? To jeszcze korektor, dwa maźnięcia pudrem. Cholerne włosy. Trudno, musi tak zostać. Buty, kurtka, torebka... dokumenty... gdzie są dokumenty?! Szukam. W kuchni, w kurtce M. ... nie ma. Zalazły się w torebce, co one tam robiły? 25 po. Szanse dojechania na miejsce na czas nikłe jak przygasający ogień w kominku (czemu drewno się nie pali? Nie ma czasu interweniować...). Wybiegam. Przed domem śnieg. A właściwie lód, który wygląda jak śnieg. Szarpię się z furtką, która chyba trochę przymarzła. Wsiadam do auta. Nic nie widzę! Wszystko oblodzone... nie oszronione – oblodzone! Na wszystkich szybach kilkumilimetrowa warstwa lodu. Skrobanie nic nie daje, płyn do odmrażania zamarza. 35 po. Szanse dojechania na czas dawno już przepadły. Zirytowana stukam skrobaczką w lodową pokrywę, która mozolnie zaczyna odpadać. Niestety boczne szyby nie dają za wygraną. 40 po dzwonię do M. z płaczliwym głosem mającym zapewnić mi choć odrobinę wyrozumiałości, przepraszam za spóźnienie i obiecuję być za 5 min. Jadę, choć nie powinnam, bo widoczność w bocznych szybach ogranicza się do niewystarczającego minimum. Na szczęście po chwili lód zaczął odpadać od nagrzanych już szyb. Nic jednak nie mogło mnie już uchronić przed 20 minutowym spóźnieniem. Jak zwykle.
Lód to było coś nowego, ale powód znajdzie się zawsze. Pies ucieknie, podeszwa buta odpadnie (serio!), klucze się schowają... I jak tu wygrać z takimi przeciwnościami?
Punktualność. Moja babcia zawsze wychodziła wszędzie 20min wcześniej niż potrzeba, żeby nigdy się nie spóźnić. Mama nie musiała nastawiać budzika, bo zawsze wstawała na czas i nigdy się nie spóźniła. Ja... a ja chyba już nigdy się tej trudnej sztuki nie nauczę. M. wybaczy, jeszcze przytuli i zapyta czy wszystko dobrze, ale profesor na zajęciach, albo szef w pracy? Albo lekarz, do którego znowu się spóźniam na umówioną wizytę? A praca, którą znowu zaczęłam pisać o tydzień za późno, albo egzamin, który nagle jest już jutro, a przecież dopiero co miałam jeszcze cały tydzień? Tak, to wszystko sięga znacznie dalej... może macie dla mnie jakąś dobrą radę? Tylko nie ''wyjdź/ zacznij/ zrób wcześniej'', bo zapewniam, że to nie działa. Za wszystkie sprawdzone pomysły i rozwiązania będę bardzo wdzięczna, a na razie muszę lecieć, bo już pół godziny temu miałam jechać z materiałami promocyjnymi do klientów. Punktualność... widzieliście ją gdzieś ostatnio? Może kiedyś przypadkiem się na nią natknę...

środa, 16 stycznia 2013

Paradoksy.

Dwie refleksje na dziś. Pierwszą zawdzięczam kolejnej pracy domowej, jaką mój M. przytachał na wieczór z pracy. Szczegółów niestety nie jestem w stanie podać, bo ten cały agencjowo-reklamowo-multimedialno-projektowy żargon mnie przerasta, ale miał przygotować kilka rysunków.
Krótka mobilizacja, kilkanaście minut przeszukiwania mieszkania i na szczęście są, znalezione: blok, kilka ołówków, dwie gumki. Tęskniłam za tym. Kiedyś była to i moja pasja, ale rozwiała się gdzieś po drodze, pozostając jedynie miłym wspomnieniem. Inspiracja przyszła z najmniej spodziewanej strony. Oby więcej takich niespodzianek.
Uwielbiam wspólne spędzanie czasu, dzielenie go, a niekoniecznie musi to oznaczać robienie jednej, tej samej rzeczy. Skupieni na swoich kartkach, kreślimy pierwsze kreski, formy, podbieramy sobie gumkę, czasem na twarz przekrada się grymas niezadowolenia... mój M. szybko kreśli kolejny rysunek, odrzuca go, zaczyna następny... ja mozolnie tworzę całą scenkę: pewna uliczka, roześmiana dziewczyna, w tle turyści, wspomnienie z wakacji. Niezbyt zadowolona z jakości rysunku nie posiadam się z radości, że znowu rysuję. Po jakimś czasie zmęczenie wywołane późną porą i trudami dnia wygrywa i zasypiam na kanapie, a mój M. tworzy dalej. Nazajutrz miało się okazać, że poszło mu całkiem nieźle, a na jednym z rysunków odnalazłam zwiniętą w kłębek, śpiącą siebie. Czy tylko mi się wydaje, czy rysunek mówił ''kocham Cię''?
A refleksja? Można robić coś niby razem, a być o lata świetlne od siebie, można robić coś oddzielnie i dopiero być naprawdę blisko.

Co do drugiej sprawy, to cóż... im mniejsze szczęście tym go więcej. Moje jeszcze nie pojawiło się na świecie, a już sprawia, że nawet najbardziej szary dzień przybiera wszystkie kolory tęczy. A jak to będzie, gdy już całkowicie pojawi się naszym życiu? Zobaczymy za dwa miesiące, ale już nie mogę się doczekać. I mam same dobre przeczucia. Najlepsze. Mój M. ma w tym swój całkiem spory udział. Chyba pójdę mu podziękować...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Bo w życiu chodzi o to...

...aby nie upaść w błoto. Nie dać się wyrolować. Nie robić za frajera. Czy można prościej? Chyba nie, więc dlaczego zawsze kończy się tak samo? Czyżbym stanęła w złej kolejce, kiedy przydzielano zdolność do żerowania na pracy innych lub do odwalania całej roboty? Najwyraźniej. Na nic zdały się solenne obietnice dane sobie samej, zirytowanemu moim brakiem asertywności M. (''taka wyszczekana, a tak się dała wrobić!'') i całej reszcie świata. Kolejne cudem wykradzione godziny wolnego czasu, kolejne zarwane noce nad pracą grupową, w której wkład pozostałych ograniczał się głównie do dopisania nazwiska na stronie tytułowej. Musiałam pomylić kolejki, nie ma innego wytłumaczenia. Bo co innego decyduje o tym, że mimo takich samych grożących wszystkim konsekwencji jedni umywają ręce (ba, potrafią nawet bez ogródek zaproponować ''to co, zajmiesz się tym?'' No przecież powiedziałam, że nie ma mowy!), a inni (w zdecydowanej mniejszości) zrezygnują z i tak już niewielu godzin snu, żeby tylko nie dać plamy. Jak zdobyć tak cenną umiejętność liczenia na to, że kto inny zrobi coś za Ciebie? I skąd pewność, że faktycznie tak będzie? Że zawsze znajdzie się jakiś frajer? Czyżby mieli to napisane na czołach? Czyżbym JA miała coś takiego napisane na czole?! Patrzyłam w lustro, nie widziałam. Może to też zdolność przypisana tym cwańszym. Może trzeba sobie zrobić grzywkę...

wtorek, 8 stycznia 2013

Bułka z masłem.

To niezwykłe, jak dwoje ludzi różnie może odbierać dane wydarzenia, jak potrafią się na kimś odcisnąć lub zwyczajnie odejść w zapomnienie, jako mniej lub bardziej nieprzyjemny, jednak w ogólnym rozrachunku mało istotny epizod.
Mój M. wytyka mi czasem, że marudzę. Zaprzeczać nie będę. Najbardziej lubię narzekać na ludzi, ich niezaradność, obojętność, omylność, przekonanie o własnej nieomylności, złe zachowanie, brak kultury, niepoprawną polszczyznę, wulgarność, ale czasem dostaje się też rzeczom martwym, szczególnie tym złośliwym, a także idącym nie po mojej myśli. No cóż, lepiej nie będzie. Plusem (z męskiego punktu widzenia pewnie minusem) jest jednak to, że są to narzekania krótkotrwałe, pod wpływem chwili, ogólnie nieistotne. Być może pozwalają jednak odreagować trudy zmagań z prawdziwymi przeciwnościami losu, które stają się mniej dokuczliwe, łatwiejsze do pokonania i niemal natychmiastowego zapomnienia w chwili ich przeminięcia. Jeżeli tak to właśnie jest, to uznaję to za niezwykle cenną umiejętność. Sami powiedzcie.. jaki jest sens rozpamiętywania czegoś, co było, skoro minęło? Im trudniejsze do przejścia, tym szybciej powinno dać się zbagatelizować, odejść w niepamięć, stracić na znaczeniu. Powinny zostać tylko wnioski i nauka, by nie powtarzać tych samych błędów lub umiejętniej ich unikać. No i jeszcze jedna z moich cenniejszych myśli przewodnich ''jeśli dziś nie potrafisz znaleźć rozwiązania – nie zadręczaj się, możesz sobie tylko zaszkodzić, a być może jutro wyjście z sytuacji nagle się znajdzie''. Może brzmi banalnie, trochę infantylnie i nierealnie, ale konsekwentnie stosowane okazuję się doskonale sprawdzać. I zaoszczędza nieprzespanych nocy!
Skąd cały ten wywód? Zainspirowany został właśnie nieprzespaną nocą, ale nie spędzoną na zamartwianiu się tylko na dworcu autobusowym z powodu niewystarczająco dobrej komunikacji (lub raczej nieprzewidzeniu nagłego obłożenia połączeń autobusowych na dzień przed Wigilią i wiążącego się z tym brakiem miejsc w kilkunastu autobusach odjeżdżających przez 14 kolejnych godzin). Nie była to może jedna z najbardziej udanych podróży, ale kto by o tym pamiętał, zwłaszcza, że od tego czasu minęły już chyba lata świetlne... prawda? A może to poczucie winy za nie najlepiej zorganizowany wyjazd odebrało tej nielekkiej w końcu nocy całe znaczenie? Nie, wolę jednak wersję, że to po prostu mój system radzenia sobie z przeciwnościami działa bez zarzutu, a ze mnie taka twardzielka, że spędzenie 14h na dworcowej ławce to bułka z masłem. Chociaż bułki też nam się wtedy skończyły...