To niezwykłe, jak dwoje ludzi różnie
może odbierać dane wydarzenia, jak potrafią się na kimś odcisnąć
lub zwyczajnie odejść w zapomnienie, jako mniej lub bardziej
nieprzyjemny, jednak w ogólnym rozrachunku mało istotny epizod.
Mój M. wytyka mi czasem, że marudzę.
Zaprzeczać nie będę. Najbardziej lubię narzekać na ludzi, ich
niezaradność, obojętność, omylność, przekonanie o własnej
nieomylności, złe zachowanie, brak kultury, niepoprawną
polszczyznę, wulgarność, ale czasem dostaje się też rzeczom
martwym, szczególnie tym złośliwym, a także idącym nie po mojej
myśli. No cóż, lepiej nie będzie. Plusem (z męskiego punktu
widzenia pewnie minusem) jest jednak to, że są to narzekania
krótkotrwałe, pod wpływem chwili, ogólnie nieistotne. Być może
pozwalają jednak odreagować trudy zmagań z prawdziwymi
przeciwnościami losu, które stają się mniej dokuczliwe,
łatwiejsze do pokonania i niemal natychmiastowego zapomnienia w
chwili ich przeminięcia. Jeżeli tak to właśnie jest, to uznaję
to za niezwykle cenną umiejętność. Sami powiedzcie.. jaki jest
sens rozpamiętywania czegoś, co było, skoro minęło? Im
trudniejsze do przejścia, tym szybciej powinno dać się
zbagatelizować, odejść w niepamięć, stracić na znaczeniu.
Powinny zostać tylko wnioski i nauka, by nie powtarzać tych samych
błędów lub umiejętniej ich unikać. No i jeszcze jedna z moich
cenniejszych myśli przewodnich ''jeśli dziś nie potrafisz znaleźć
rozwiązania – nie zadręczaj się, możesz sobie tylko zaszkodzić,
a być może jutro wyjście z sytuacji nagle się znajdzie''. Może
brzmi banalnie, trochę infantylnie i nierealnie, ale konsekwentnie
stosowane okazuję się doskonale sprawdzać. I zaoszczędza
nieprzespanych nocy!
Skąd cały ten wywód? Zainspirowany
został właśnie nieprzespaną nocą, ale nie spędzoną na
zamartwianiu się tylko na dworcu autobusowym z powodu
niewystarczająco dobrej komunikacji (lub raczej nieprzewidzeniu
nagłego obłożenia połączeń autobusowych na dzień przed Wigilią
i wiążącego się z tym brakiem miejsc w kilkunastu autobusach
odjeżdżających przez 14 kolejnych godzin). Nie była to może
jedna z najbardziej udanych podróży, ale kto by o tym pamiętał,
zwłaszcza, że od tego czasu minęły już chyba lata świetlne...
prawda? A może to poczucie winy za nie najlepiej zorganizowany
wyjazd odebrało tej nielekkiej w końcu nocy całe znaczenie? Nie,
wolę jednak wersję, że to po prostu mój system radzenia sobie z
przeciwnościami działa bez zarzutu, a ze mnie taka twardzielka, że
spędzenie 14h na dworcowej ławce to bułka z masłem. Chociaż
bułki też nam się wtedy skończyły...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz