...aby nie upaść w błoto. Nie dać się
wyrolować. Nie robić za frajera. Czy można prościej? Chyba nie,
więc dlaczego zawsze kończy się tak samo? Czyżbym stanęła w
złej kolejce, kiedy przydzielano zdolność do żerowania na pracy
innych lub do odwalania całej roboty? Najwyraźniej. Na nic zdały
się solenne obietnice dane sobie samej, zirytowanemu moim brakiem
asertywności M. (''taka wyszczekana, a tak się dała wrobić!'') i
całej reszcie świata. Kolejne cudem wykradzione godziny wolnego
czasu, kolejne zarwane noce nad pracą grupową, w której wkład
pozostałych ograniczał się głównie do dopisania nazwiska na
stronie tytułowej. Musiałam pomylić kolejki, nie ma innego
wytłumaczenia. Bo co innego decyduje o tym, że mimo takich samych
grożących wszystkim konsekwencji jedni umywają ręce (ba, potrafią
nawet bez ogródek zaproponować ''to co, zajmiesz się tym?'' No
przecież powiedziałam, że nie ma mowy!), a inni (w zdecydowanej
mniejszości) zrezygnują z i tak już niewielu godzin snu, żeby
tylko nie dać plamy. Jak zdobyć tak cenną umiejętność liczenia
na to, że kto inny zrobi coś za Ciebie? I skąd pewność, że
faktycznie tak będzie? Że zawsze znajdzie się jakiś frajer?
Czyżby mieli to napisane na czołach? Czyżbym JA miała coś
takiego napisane na czole?! Patrzyłam w lustro, nie widziałam. Może
to też zdolność przypisana tym cwańszym. Może trzeba sobie
zrobić grzywkę...
Taka wyszczekana, a tak się daje wrabiać!
OdpowiedzUsuń