czwartek, 23 stycznia 2014

Przepraszam, czy tu biją?

Wróciły. Po kilku latach przerwy pojawiły się znów, potem jeszcze jeden raz, a dziś kolejny. Czy to przemęczenie, czy stres, czy może lęki próbują tak się wydostać, czy też jeszcze inna przyczyna - nie wiem, ale trzy razy w ciągu niespełna dwóch tygodni to o wiele za dużo. Całe moje ciało zamiera na myśl o tym, ale czeka mnie wizyta u neurologa. Ze wszystkich medycznych specjalizacji na świecie akurat ta - tak, życie nie przegapia ani jednej okazji, żeby mi dokopać. Podobno leżącego się nie bije. Czyżbym znów za bardzo podniosła głowę? Musiałabym chyba poszukać w innym województwie, żeby iść do kogoś, kto nie przyglądał się Jego przypadkowi, więc równie dobrze może być i lekarz, który ma gabinet w naszym mieście. Zaledwie parę miesięcy minęło, odkąd On był u niego. Wtedy jeszcze sprawy miały się ku lepszemu... Czy będzie wiedział? A czy ktoś nie wie...? Czy zapyta? Co powie o moich dziwacznych zaburzniach widzenia? Myślę o tym, jak tygodniami wszyscy po kolei bezradnie rozkładali ręce nad Jego przypadkiem i ściska mnie w gardle. Uparcie odbierali każdą nadzieję, nawet wtedy, gdy jeszcze były ku niej mocne podstawy. Chociaż przecież miałam ją do ostatniej chwili... a nawet później. Jemu nie pomogli, choć walczyliśmy o niego ze wszystkich sił. I on walczył. Jak mogę im zaufać...?

sobota, 18 stycznia 2014

Nic.

Nie chce mi się. Tak po prostu. Stąd i to ponad miesięczne milczenie. Nic mi się nie chce, nawet pisać o tym. Były święta, których nie było, był Sylwester, który przespałam (paradoksalnie jedna z niewielu przespanych - na tyle, na ile Olga pozwoliła - nocy), był prawie dwutygodniowy pobyt młodszego brata. Były urodziny, których nie obchodziłam, a zaraz potem dwa miesiące, odkąd On postanowił do mnie nie wracać. Były wycieczki i spotkania. I nieprzespane noce w ucieczce przed koszmarami, które koszmarami okazywały się tak naprawdę dopiero po przebudzeniu. Było wiele, a tak naprawdę jakby nie było nic, bo każdy dzień gorszy i bardziej pusty jest od poprzedniego. Czy tak już będzie zawsze, w nieskończoność? Chociaż przecież ''zawsze'' ani ''nigdy'' nie istnieją. On obiecywał zawsze mnie kochać, nigdy nie zostawić, a ja miałam nigdy przez Niego nie płakać. Kłamał? W głowie coraz większy zamęt, myśli coraz mniej poukładane, w sercu dziura, a w duszy przeogromna pustka. Nie łudziłam się, nie oczekiwałam, że będzie lepiej, ale wydawało się niemożliwym, żeby było gorzej. A chyba jest... Olga źle śpi, ja nie śpię już prawie wcale. Może dziś spróbuję, chociaż w nocy mogę przynajmniej coś posprzątać, ugotować obiad... inaczej nie ma czasu, a i tak wiecznie wszystko do góry nogami. Robię rzeczy automatycznie, nie myślę, bo gdy dopuszczam do siebie jakiekolwiek myśli - a one zawsze idą w jednym tylko kierunku - to przestaję funkcjonować. A przy tym każda czynność wydaje się tak całkowicie pozbawiona sensu. Byłam u psychologa, ale nie znalazłam odpowiedzi na żadne z dręczących mnie pytań, o jakiejkolwiek uldze nawet nie mówię. Co więc począć? Codziennie, co chwilę spoglądam na zegarek i liczę godziny do końca dnia. Skupiam się na Oldze, daję jej z siebie ile tylko się da, chcę, żeby była szcześliwa, a jednocześnie myślę, żeby ten dzień się już skończył, i kolejny, i kolejny... żeby minęły jak najszybciej. A one ciągną się coraz bardziej... Dwa miesiące bez niego. Ile lat zostało? 20, 30 zanim Olga się usamodzieli. Przez tyle muszę być i się starać. Szmat czasu. Perspektywa przyszłości mnie przeraża. Kiedyś bałam się starości, tego, że przyjdzie taki moment, kiedy prawie całe życie będzie za mną i że moze czegoś nie zdąrzę zrobić, czegoś będę żałować. Dziś przerażają mnie lata, które są przede mną. Konieczność przeżycia ich bez Niego. I brak marzeń. Mam cele do zrealizowania, jakiś plan do wykonania, ale zdałam sobie ostatnio sprawę, że nie mam marzeń. Są tylko rzeczy, które muszę lub powinnam. I mam przy tym wszystkim wyrzuty sumienia, bo przecież jest Olga, przecudowna istotka, dla której jestem całym światem, której winna jestem świat wypełniony miłością, szczęściem i której samo istnienie powinno napełniać chęcią życia. I tak też jest, a jednak nie potrafię wyzbyć się myśli, że wszystko straciło sens... Cóż mogę rzecz, ''nie ogarniam tego pieprzonego świata''.