piątek, 22 listopada 2013

Last Christmas...

Koszyczek na pieluchy niemal pusty, ostatni jogurcik, które Olga tak uwielbia, zjedzony i ja też wbrew wszelkiej logice (czy tam właśnie zgodnie z nią...) muszę od czasu do czasu coś zjeść, więc nie ma rady - czas na zakupy. Chociaż wszelkie wrażenia niechęci z jaką wypowiadałabym się o robieniu zakupów są raczej niezamierzone, jako że ich odmóżdżająca rola już od jakiegoś czasu ma na mnie dobry wpływ. Centrum handlowego nie widziałam już od miesięcy - ostatni raz gdzieś tam w początkach ciąży, więc mogę chyba mówić o galeriowej abstynencji - za to taki sklep z sieci na L. czy inna B. doskonale spełnia się w swojej roli. Idę więc z tym moim szkrabem, sadzam ją do wózka na zakupy (powinnyśmy raczej wybrać się do lasu, ale jest zimno i pada, więc czuję się absolutnie usprawiedliwiona) i wrzucamy do niego kolejne produkty. Ostatnio w L. coraz więcej asortymentu dla maluchów, nie tylko pieluch, jedzenia czy chemii, ale też skarpetek, koszulek, dresików i innych przeróżnych ubranek, którym i tym razem poświęcam chwilę uwagi. Jeden kosz, następny, przeglądam kilka rzeczy i idę dalej... w kolejnym zupełnie nieoczekiwanie natrafiam na męskie skarpetki. Niby nic takiego, tylko skarpetki, zwykłe, niczyje, ale moje myśli natychmiast zaczynają podążać w niechcianym kierunku, z dala od którego udało mi się je utrzymać dobre kilka godzin. Szybko porzucam więc te skarpetki i idę dalej, a im dalej, tym więcej męskich koszulek, swetrów, piżam... chwilę temu jeszcze takie oglądałam, jeszcze miałam dla kogo, teraz przyspieszam kroku, byle tylko na nie nie patrzeć. W tej ucieczce trafiam prosto na świąteczne ozdoby, kolorowe papiery, bombki i, oczywiście, foremki do domowych ciastek, które były dla Niego nieodłączonym elementem świąt i już wiem, że świat mnie nienawidzi. Nie ma innego wyjaśnienia. Zabieram Olgę i szybkim krokiem zmierzam do kas, byle szybciej stamtąd wyjść, zaczerpnąć świeżego powietrza, zapatrzyć się na uliczny ruch, uciec od myśli. Wychodząc, mimowolnie zerkam na okładkę kolejnej promocyjnej gazetki. Modelowa rodzina w świątecznym wydaniu, z tymi swoimi aktorskimi uśmiechami, za które im zapłacono, żeby mnie dręczyli. W jednej chwili kolejne NIGDY uderza mnie obuchem prosto w brzuch, pozbawiając tchu. Nigdy. Nigdy nie spędzimy świąt we trójkę. Nigdy... Zaciskam kurczowo powieki, ale wstrętne łzy są sprytniejsze i szybsze ode mnie. Nie ma ucieczki, nie ma dokąd, nie ma litości. Jest tylko pustka... i rozpacz. I ciągłe niedowierzanie. I nieuchronny powrót do domu, przesiąkniętego jego obecnością, zapachem, wspomnieniami, tak cudownymi, szczęśliwymi, wciąż na nowo i na nowo rozrywającymi serce. I już wiem, że sama sobie z tym nie poradzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz