środa, 20 listopada 2013

Miasto Know-How.

Uciekłam. Wyjechałam. Chwilowo najdalej jak wydało mi się to możliwe i realne w tej nierealnej sytuacji. Po podróży, która okazała się większym wyzwaniem, niż to w swej naiwności zakładałam, znalazłam się w miejscu, gdzie miałam nadzieję na choć chwilowe zajęcie głowy czym innym.
5 lat temu przyjazd tu był spełnieniem marzeń - po latach widywania się co kilka miesięcy zmniejszyłam odległość między nami na tyle, że spędzaliśmy razem większość weekendów i dni wolnych. Nareszcie. Poznałam też kilka fantastycznych osób, które na stałe zagościły w moim życiu. Dwa lata temu, razem z B. i A., przeszukiwałyśmy miasto w poszukiwaniu idealnej sukienki na nasz cywilny. W zeszłym roku, w nieco szerszym gronie, przeżyłyśmy w tutejszych pubach szaloną noc na pożegnanie mojego ''panieństwa'', a dwa tygodnie później bawiłyśmy się do rana w najcudowniejszy dzień w moim dotychczasowym życiu. Tym razem chowam się pod ich skrzydłami, by uciec od wspomnień o tym wszystkim.
Wczoraj nie było łatwo - spacerując z Olgą po uliczkach nieznanego osiedla czułam się jeszcze bardziej samotna i opuszczona, a przecież to miał być sprawdzian, czy zmiana miejsca, wstęp do przeprowadzki, przyniesie jakąś ulgę. Dziś było znacznie lepiej, dzień zaplanowany do ostatniej minuty, poranna wyprawa po zakupy połączona z nie tak już bardzo planowanym błądzeniem w drodze powrotnej i popołudniowo-wieczorne pogaduchy z B. i A. Znowu razem, jak 5 lat temu, kiedy godzinami gadałyśmy o wszystkim i o niczym. A., po bardzo niemiłych przejściach w pracy, którą dla swojego zdrowia i dobra musiała zmienić, w związku, z którego najwyraźniej chce się wyplątać, ale nie bardzo wie jak. B., jak zwykle rozgadana, radośnie trajkocze o wynajmowanym w piątkę mieszkaniu, kolejnym facecie - chociaż może tym razem to będzie to? - i zadowoleniu z pracy, chociaż zaplecze socjalne pozostawia wiele do jej życzenia. Wszystkie zachwycone Olgą, jej gestami, ruchami. O mnie prawie nie rozmawiamy, bo nawet pytania o plany związane z pracą uświadamiają mi, że nie ma dobrego rozwiązania, więc szybko zmieniamy temat i znowu jest dobrze... na chwilę, na tyle, na ile może być.
Przede mną jeszcze kilka dni prób ucieczki przed rzeczywistością, a potem bolesny do niej powrót. Od poniedziałku pierwszy krok do... nie umiem lub nie chcę tego nazwać, ale wiem, że trzeba to zrobić. Pozamykać konta w banku, załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem, iść na umówione z notariuszem spotkanie... ale jeszcze nie teraz, nie dziś. Za tydzień też będzie za wcześniej, ale biurokracja jest nieubłagana, nieczuła, bezlitosna. A ja nadal nie potrafię się przyznać, że to już. Że za późno. Tak po prostu, w jednej chwili. Przecież musi dać się coś jeszcze zrobić, cofnąć, odmienić. Tak długo walczyliśmy, przecież nie na darmo. Przecież ja wciąż na niego czekam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz