czwartek, 7 marca 2013

Kiełkująco...

Okazuje się, że w większości przypadków dopiero zakradają się do naszych (polskich, europejskich) domów, chociaż znane, stosowane i cenione były już w Starożytnych Chinach (tak, tak, ah ci Chińczycy...).
Najsmaczniejsze? Chyba te rzodkiewki. Najzdrowsze? Wszystkie, ale podobno brokuła, choć ostatnio słyszałam, że kozieradki... Obecnie gotowe do spożycia dostępne już na większości sklepowych półek, a dla wytrwałych (lub chociaż nieco bardziej w tej materii uzdolnionych ode mnie) pod postacią mieszanki nasion, z których w kilka dni można wyhodować sobie dowolny ich zestaw.
Pierwszy raz zetknęłam się z nimi lata temu, w jakiejś sałatce i nie zrobiły na mnie zbyt dobrego wrażenia (głównie z powodu wyglądu, do dziś z resztą kiełki pszenicy nie wydają mi się zbyt apetyczne). Potem były zakończone klęską próby wyhodowania na parapecie w jakimś kosmicznym, specjalnie do tego przeznaczonym naczyniu, aż w końcu trafiły do naszej (mojej i mojego M.) lodówki prosto ze sklepowej półki. Tak jak się pojawiły, tak już praktycznie zostały, bo okazały się do wszystkiego pasować, ze wszystkim smakować, albo raczej sprawiać, że każda nudna kanapka, nijaka sałata, a czasem nawet główne danie obiadowe nabierały zupełnie innych barw i walorów, nie tylko smakowych. Z ostatnich odkryć, to naleśniki nadziewane kurczakiem w sosie szpinakowo-śmietanowym przyozdobione kiełkami brokuła. Duuużą ilością kiełków. Pycha.
Jeżeli jeszcze nie odważyliście się po nie sięgnąć – być może ze względu na ich nie zawsze do końca przekonywujący wygląd niepozornej plątaniny zielonkawych kosmyków – to szczerze zachęcam, nie pożałujecie. A jak już się uda Wam je kupić, to dajcie znać gdzie, bo ja od kilku dni natykam się tylko na puste miejsce na półce. Może kiełki wcale nie są tak mało popularne?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz