Okrągła, zadziorna, trochę
nieprzewidywalna. Moja szczęśliwa liczba, choć jest cyfrą. Na ile
przynosi mi szczęście, a na ile po prostu ją lubię, tego nie
wiem, ale towarzyszy mi od dnia narodzin i tak już jakoś zostało...
zzzzgrzyt. Zmiana taśmy.
Miałam napisać o czymś zupełnie
innym, ale wrażenia ze szkoły rodzenia, a raczej wiedza, z jaką
powrócił stamtąd mój M. zupełnie zdominowały moje myśli. Jego
wersja nadchodzących wydarzeń wygląda mniej więcej tak: ''No, to
ja już jestem spokojniejszy. Ogólnie pierwsze 24h porodu spędzamy
w domu i się relaksujesz (spieszę z wyjaśnieniem, że chodzi tu o
pierwsze skurcze i czas pomiędzy nimi) i najlepiej jak sobie
pochodzisz, poprasujesz itd. Potem jedziemy do szpitala, a tam dwie
godziny i po wszystkim. Jak powiesz, że już masz dość, to wiem,
że to 7cm i już prawie koniec, trochę Cię o tak (tu krótki
pokaz) pogłaszczę i powiem ''wszystko dobrze'', dziecko wyskakuje,
robimy przez 2h kangura i do domu''.
Naprawdę nie wiem co powiedzieć, a
daję słowo, że rzadko mi się to zdarza. Może ja też powinnam
być spokojniejsza? Tak przedstawiony scenariusz faktycznie wygląda
optymistycznie, rzekłabym, że niemal rozrywkowo. No dobrze, może
słów w stylu ''rozrywkowo'' powinnam akurat unikać.
Pamiętacie początek o szczęśliwej
6? Tyle tygodni pozostało do terminu porodu, oczywiście o ile
maluch nie postanowi inaczej. Tak czy siak.. zapowiada się niezła
heca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz