piątek, 22 lutego 2013

Gra w czerwone.

Atakuje zewsząd. Wylewa się ze sklepowych wystaw i półek. Przybiera najbardziej rozmaite postacie: od przyborów szkolnych do bielizny, przez pluszaki, lizaki, poduszki, kartki, figurki, słodycze... a wszędzie czerwień i serca, chociaż serce przecież nawet tak nie wygląda. Walentynki. Nawet panie w biurze rachunkowym miały na biurkach kubeczki wypełnione serduszkowymi lizakami. Z każdym rokiem coraz gorzej mi się na to patrzy i tym bardziej stronię od brania w tym udziału.
Okazywanie sobie uczuć to coś najpiękniejszego w świecie, ale czy potrzeba do tego całej tej tandety nakręcającej sprzedaż w martwym handlowo lutym? I czy jeżeli się kogoś kocha, to potrzeba specjalnego dnia, żeby sobie o tym przypomnieć i zrobić dla siebie coś miłego? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam każdemu z Was, pewnie większość myśli podobnie, a jednak i tak cała masa ludzi już dwa tygodnie wcześniej (o tak, sprzedawcy pilnują abyśmy mieli taką możliwość) pędzi kupić bokserki z amorkiem albo misia, koniecznie z serduszkiem. No bo jak to, wszyscy kupują coś swoim ukochanym, a ja nie...? I tu pojawia się zagwozdka, bo niby mam ochotę całkowicie zbojkotować to święto, ale z drugiej strony czy mojemu M. nie będzie przykro, że dzień ten przemija zupełnie bez echa? Znam go i wiem, że ma takie samo nastawienie jak ja, skręca go na widok wszystkich tych tandetnych upominków, ale skoro już jest taki dzień, który mógłby mieć na celu chociażby nakazać nam odrobinkę zwolnić, wieczór spędzić tylko we dwoje, bez komputerów, pracy, nękających na co dzień problemów, to czemu z tego nie skorzystać?
Jakiś czas temu umówiliśmy się po pracy w przytulnej restauracyjce, tak po prostu, w samym środku tygodnia... było cudownie, chociaż przecież nic takiego.. lekkie jedzenie, coś do wypicia i my. My i tylko my, bo knajpa świeciła pustkami. Na coś takiego w walentynkowy wieczór liczyć raczej nie można, bo niespotykane wręcz tłumy ruszają do wszelkich możliwych lokali, co najmniej jakby w ten dzień napój do obiadu dodawali gratis. Co więc począć?
Zdecydowałam się na kolację w domu - nowy przepis, coś co na pewno by mu posmakowało, światło świec (które z resztą często umila nam wieczory). Pamiętałam nawet, żeby koniecznie przebrać dres, w którym zazwyczaj krzątam się po domu i ubrać coś przyjemniejszego dla oka.
M. wrócił z pracy... a wraz z nim najcudowniejszy bukiet czerwonych tulipanów. Bo on też nie cierpi walentynkowego szału, ale przecież nie mógł wrócić bez kwiatków. Po raz kolejny przypomniał mi, jak się czuje wosk roztapiającej się świecy.
Czerwone tulipany, kolacja, przygaszone światło, delikatny blask świec i czerwona bielizna, o której przypomniałam sobie, planując wieczorne menu. Lepszego wieczoru, walentynkowego czy też nie, być nie mogło.

Wpis trochę po czasie, ale za to mogę napisać, że po ponad tygodniu tulipanki nadal pięknią się w wazonie i przypominają mi, że ktoś mnie kocha i to przez 365 dni w roku. Walentynki? Jakie Walentynki? Miły wieczór we dwoje? A tak, całkiem niedawno... ale już najwyższy czas to powtórzyć. Może dziś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz