Atakuje zewsząd. Wylewa się ze
sklepowych wystaw i półek. Przybiera najbardziej rozmaite postacie:
od przyborów szkolnych do bielizny, przez pluszaki, lizaki,
poduszki, kartki, figurki, słodycze... a wszędzie czerwień i
serca, chociaż serce przecież nawet tak nie wygląda. Walentynki.
Nawet panie w biurze rachunkowym miały na biurkach kubeczki
wypełnione serduszkowymi lizakami. Z każdym rokiem coraz gorzej mi
się na to patrzy i tym bardziej stronię od brania w tym udziału.
Okazywanie sobie uczuć to coś
najpiękniejszego w świecie, ale czy potrzeba do tego całej tej
tandety nakręcającej sprzedaż w martwym handlowo lutym? I czy
jeżeli się kogoś kocha, to potrzeba specjalnego dnia, żeby sobie
o tym przypomnieć i zrobić dla siebie coś miłego? Odpowiedź na
to pytanie pozostawiam każdemu z Was, pewnie większość myśli
podobnie, a jednak i tak cała masa ludzi już dwa tygodnie wcześniej
(o tak, sprzedawcy pilnują abyśmy mieli taką możliwość) pędzi
kupić bokserki z amorkiem albo misia, koniecznie z serduszkiem. No
bo jak to, wszyscy kupują coś swoim ukochanym, a ja nie...? I tu
pojawia się zagwozdka, bo niby mam ochotę całkowicie zbojkotować
to święto, ale z drugiej strony czy mojemu M. nie będzie przykro,
że dzień ten przemija zupełnie bez echa? Znam go i wiem, że ma
takie samo nastawienie jak ja, skręca go na widok wszystkich tych
tandetnych upominków, ale skoro już jest taki dzień, który mógłby
mieć na celu chociażby nakazać nam odrobinkę zwolnić, wieczór
spędzić tylko we dwoje, bez komputerów, pracy, nękających na co
dzień problemów, to czemu z tego nie skorzystać?
Jakiś czas temu umówiliśmy się po
pracy w przytulnej restauracyjce, tak po prostu, w samym środku
tygodnia... było cudownie, chociaż przecież nic takiego.. lekkie
jedzenie, coś do wypicia i my. My i tylko my, bo knajpa świeciła
pustkami. Na coś takiego w walentynkowy wieczór liczyć raczej nie
można, bo niespotykane wręcz tłumy ruszają do wszelkich możliwych
lokali, co najmniej jakby w ten dzień napój do obiadu dodawali
gratis. Co więc począć?
Zdecydowałam się na kolację w domu -
nowy przepis, coś co na pewno by mu posmakowało, światło świec
(które z resztą często umila nam wieczory). Pamiętałam nawet,
żeby koniecznie przebrać dres, w którym zazwyczaj krzątam się po
domu i ubrać coś przyjemniejszego dla oka.
M. wrócił z pracy... a wraz z nim
najcudowniejszy bukiet czerwonych tulipanów. Bo on też nie cierpi
walentynkowego szału, ale przecież nie mógł wrócić bez
kwiatków. Po raz kolejny przypomniał mi, jak się czuje wosk
roztapiającej się świecy.
Czerwone tulipany, kolacja, przygaszone
światło, delikatny blask świec i czerwona bielizna, o której
przypomniałam sobie, planując wieczorne menu. Lepszego wieczoru,
walentynkowego czy też nie, być nie mogło.
Wpis trochę po czasie, ale za to mogę
napisać, że po ponad tygodniu tulipanki nadal pięknią się w
wazonie i przypominają mi, że ktoś mnie kocha i to przez 365 dni w
roku. Walentynki? Jakie Walentynki? Miły wieczór we dwoje? A tak,
całkiem niedawno... ale już najwyższy czas to powtórzyć. Może
dziś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz