To wcale nie taka prosta sprawa. Każdy
potrafi zalać wrzątkiem herbatę w papierowym woreczku, ale
prawdziwie jej parzenie to nie lada sztuka. Wiedzą o tym
Japończycy, wiedzą Brytyjczycy. Niestety, nie dane jest mi zbyt
często obcować z tymi drugimi, o pierwszych mogę co najwyżej
pooglądać filmiki na pewnym serwisie na ''y''. Za to jest w moim
życiu pewien pasjonat herbaty (pozwalam sobie nazwać tak kogoś,
kto wypija ich kilka dziennie), więc mogę go chyba w pewnym sensie
uznać za znawcę tematu. Niektórych dobrodziejstw i wiedzy po prostu
nie wolno zachowywać wyłącznie dla siebie, więc postanowiłam
podzielić się z Wami swoimi obserwacjami dotyczącymi jego sekretu
parzenia herbaty. Skupcie się i skrzętnie notujcie.
Należy nalać do elektrycznego
czajnika wody (około jednego litra na herbatę) i włączyć
grzałkę. Potem usiąść na chwilę przed komputerem, zjeść
obiad, skorzystać z łazienki... cokolwiek, co pozwoli na zajęcie
czasu niezbędnego do zagotowania wody i częściowego jej
ostudzenia. Następnie, ponownie zagotować wodę i zalać herbatę.
Powtórzyć czynności wypełniające nieznośny czas oczekiwania lub
wymyślić całkiem nowe. Herbata powinna bardzo mocno się zaparzyć
i najlepiej ostygnąć, przynajmniej do temperatury letniej. Wtedy
można przystąpić do ostatniego etapu: wyjąć woreczek z wyparzoną
już herbatą, połowę mikstury wylać do zlewu, po raz trzeci
zagotować wodę w czajniku (ciągle tą samą - przecież mówiłam,
że będzie potrzebny przynajmniej litr) i dolać do kubka. Tak
otrzymany napar, idealnie nasycony i o doskonałej temperaturze
doprawia się do smaku według uznania lub w ogóle i już można się
nim rozkoszować. Z herbatkami owocowymi może być większy
problem, bo zazwyczaj ich esencja nie jest na tyle mocna, by pozwolić
sobie na rozrzedzanie dodatkową porcją wody, ale wtedy wielce
pomocne jest podgrzanie w mikrofalówce w ramach trzeciego etapu.
Zatem do dzieła i smacznego! Korzystajcie z mądrości i
sprawdzonych sposobów znawców herbacianego kunsztu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz