niedziela, 1 czerwca 2014

Byle do mety.

Pół miasta rozkopane, drugie pół zamknięte z powodu maratonu. Odsyłana przez policjantów pilnujących zamkniętego odcinka to tu to tam, po godzinie krążenia, wielokrotnych próbach przedostania się na drugą stronę jednej z zamkniętych ulic i wyjechaniu jednej trzeciej baku paliwa z podkulonym ogonem wróciłam do domu. Dopiero teraz, jakieś 10 godzin za późno, dotarło do mnie, że przecież mogłam zaparkować i pójść te 10 czy 15 minut pieszo. Dlaczego rano na to nie wpadłam? Może dlatego, że od tygodnia niemal nie mam czasu na sen...? Moje neurony nie są już chyba w stanie przetworzyć najprostszych informacji. Najpierw targi, które kosztowały więcej nerwów, czasu i pracy niż korzyści przyniosły, potem przygotowania do delegacji i bardzo ważnego spotkania, na które zapomniałam zabrać materiałów, a ostatnie trzy noce spędziłam pracując nad prezentacją na uczelnię, której to z powodu wyżej wyjaśnionych okoliczności nie dane mi było przedstawić. Szkoda, że to była ostatnia szansa... Miałam tłumaczyć się trudnościami z dojazdem, trudnościami zdawało się nie do pokonania, ale co powiem, gdy prowadzący zapyta, dlaczego nie przyszłam pieszo? Nie wiem. Bo nie wiem. Nic mi się nie udaje. Od wyjęcia pomidorków koktajlowych z lodówki, które w absolutnie niewytłumaczalny sposób opuściły pudełko rozsypując się po całej kuchni, po nieudolne próby zdania choć jednego przedmiotu na uczelni. Staram się, a im bardziej się staram, tym mniej mi wychodzi i bardziej irytuje mnie kolejne niepowodzenie. Długo wyczekiwany dyplom ukończenia szkoły wyższej niebezpiecznie się ode mnie odsuwa; najwyraźniej nie potrafię sprostać nawet najprostszym komplikacjom, co daje podstawy do coraz większych obaw o powodzenie ukończenia uczelni, a przynajmniej w planowanym terminie i w ramach planowanych funduszy. A przecież rok temu wydawało się to być na wyciągnięcie ręki... było na wyciągnięcie ręki. Tylko czy coś jest teraz takie, jakie było rok temu? Chyba nie. Wracając z poczuciem porażki, starając się nie myśleć o przemierzanej trasie, która nieuchronnie przywołuje najcięższe przeżycia, obwiniałam Go za wszystko, co możliwe. Bo dlaczego dziewczyna, kobieta, która potrafiła stawić czoło największym przeciwnościom, sprostać każdemu wyzwaniu, poradzić sobie nie tylko z własnymi problemami, ale i w razie potrzeby wesprzeć innych, nagle nie umie poradzić sobie sama ze sobą? ''Tylko'' jedno się zmieniło, Ciebie zabrakło i mój świat, pozbawiony podstaw, legł w gruzach. Staram się pozbierać i poskładać z niego cokolwiek, nie takiego samego, jakiegokolwiek, ale nic mi nie wychodzi. I ciągle uciekam. Przed wszystkim. Przed wspomnieniami, przed odpowiedzialnością, przed życiem, przed ludźmi. Przed ich szczęściem, na które nie potrafię patrzeć. Byłeś moim miejscem na ziemi, teraz nie mam gdzie się podziać. Trudno Cię za to wszystko winić, ale czasem tyle jest we mnie złości... na Ciebie, na siebie samą, na cały świat. Podobno żałoba trwa około sześciu miesięcy. Według statystyk powinnam już to wszystko zaakceptować, stanąć na nogi, otrzepać się i pójść na przód. Tymczasem dziś znowu śniło mi się, że Cię uratowali... Budzę się, leżę bez ruchu z szeroko otwartymi, niewidzącymi oczami i myślę, że nie mam już sił...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz