piątek, 22 lutego 2013

6

Okrągła, zadziorna, trochę nieprzewidywalna. Moja szczęśliwa liczba, choć jest cyfrą. Na ile przynosi mi szczęście, a na ile po prostu ją lubię, tego nie wiem, ale towarzyszy mi od dnia narodzin i tak już jakoś zostało... zzzzgrzyt. Zmiana taśmy.
Miałam napisać o czymś zupełnie innym, ale wrażenia ze szkoły rodzenia, a raczej wiedza, z jaką powrócił stamtąd mój M. zupełnie zdominowały moje myśli. Jego wersja nadchodzących wydarzeń wygląda mniej więcej tak: ''No, to ja już jestem spokojniejszy. Ogólnie pierwsze 24h porodu spędzamy w domu i się relaksujesz (spieszę z wyjaśnieniem, że chodzi tu o pierwsze skurcze i czas pomiędzy nimi) i najlepiej jak sobie pochodzisz, poprasujesz itd. Potem jedziemy do szpitala, a tam dwie godziny i po wszystkim. Jak powiesz, że już masz dość, to wiem, że to 7cm i już prawie koniec, trochę Cię o tak (tu krótki pokaz) pogłaszczę i powiem ''wszystko dobrze'', dziecko wyskakuje, robimy przez 2h kangura i do domu''.
Naprawdę nie wiem co powiedzieć, a daję słowo, że rzadko mi się to zdarza. Może ja też powinnam być spokojniejsza? Tak przedstawiony scenariusz faktycznie wygląda optymistycznie, rzekłabym, że niemal rozrywkowo. No dobrze, może słów w stylu ''rozrywkowo'' powinnam akurat unikać.
Pamiętacie początek o szczęśliwej 6? Tyle tygodni pozostało do terminu porodu, oczywiście o ile maluch nie postanowi inaczej. Tak czy siak.. zapowiada się niezła heca.

piątek, 8 lutego 2013

Głowa w dół...

Głowa do góry! Trzy dziwnie zestawione słowa, jakie można usłyszeć w setkach różnych sytuacji, a które nie wiadomo jakim magicznym sposobem mają pozwolić znaleźć siłę na stawienie czoła przeciwnościom i sprawne ich pokonanie. Głowa do góry! No cóż, ostatecznie czasem się jednak udaje, czy to za sprawą wytrwałości czy szczęścia, bo chyba nie dlatego, że ktoś kazał nam trzymać głowę w górze? A może nakaz nieujawniania swoich słabości i chociaż pozorna postawa zwycięzcy pozwalają faktycznie stać się zwycięzcą w życiowych potyczkach? Gdyby to rzeczywiście działało, to może dałoby się też w drugą stronę?
46 dni do wielkiego końca i jeszcze większego początku. 1980 g przybywającego z każdym dniem szczęścia. Kartofelkowaty nosek (po mamusi), śmieszny grymasek na buzi (to pewnie po tatusiu), pulchne policzki, wierzgające rączki i nóżki. I głowa w górze. A jestem niemal pewna, że jeszcze nikt nie miał okazji jej/jemu przekazać tej magicznej formułki. Od M. dostałam nakaz nieprzejmowania się, bo przecież jest jeszcze czas, od wujka internetu kilka porad, jak dopomóc dzieciaczkowi w wykonaniu tak ważnego fikołka oraz wielką mobilizację od samej siebie, by w końcu wybrać się na te kilka spotkań do szkoły rodzenia, bo podobno mają tam kilka porad i asów w rękawie na różne sytuacje. Póki co w kilka sekund rozmyły się wszelkie i tak kiełkujące dopiero obawy przed naturalnym porodem i zaczął narastać strach przed cesarką. Przecież nawet nie brałam jej pod uwagę! Ona jest na życzenie dla mięczaków albo dla kilku procent kobiet, które po prostu nie są w stanie urodzić naturalnie. A ja już mam całą szpitalną wyprawkę, tak dokładnie wybraną, skompletowaną, gotową by spisać się jak należy w trudnych chwilach. I z całą pewnością nie ma tam nic związanego z cesarskim cięciem! Cesarskie, dobre sobie... Dwa tygodnie koczowania w szpitalu, sucharkowo-kleikowa dieta, no i ten nieszczęsny ból i ciągnięcie szwów, zamiast po dwóch dniach razem z maleństwem odpoczywać i wracać do sił w domu. Lekarka poradziła z nim pogadać i namówić, żeby przestało się wygłupiać. Biedne, jeszcze nie ma go na świecie, a już jakieś oczekiwania. Ale może wolno mi chociaż cicho szeptać mu ''głowa w dół''? Może to działa? Byle tylko nie wzięło tego za bardzo do siebie i zastosowało jedynie na te krótkie dni, jakie pozostały mu w brzusiu! Na wszelki wypadek będę więc mówiła bardzo, bardzo cicho. Głowa w dół maluszku, głowa w dól...

czwartek, 7 lutego 2013

Parzenie herbaty.

To wcale nie taka prosta sprawa. Każdy potrafi zalać wrzątkiem herbatę w papierowym woreczku, ale prawdziwie jej parzenie to nie lada sztuka. Wiedzą o tym Japończycy, wiedzą Brytyjczycy. Niestety, nie dane jest mi zbyt często obcować z tymi drugimi, o pierwszych mogę co najwyżej pooglądać filmiki na pewnym serwisie na ''y''. Za to jest w moim życiu pewien pasjonat herbaty (pozwalam sobie nazwać tak kogoś, kto wypija ich kilka dziennie), więc mogę go chyba w pewnym sensie uznać za znawcę tematu. Niektórych dobrodziejstw i wiedzy po prostu nie wolno zachowywać wyłącznie dla siebie, więc postanowiłam podzielić się z Wami swoimi obserwacjami dotyczącymi jego sekretu parzenia herbaty. Skupcie się i skrzętnie notujcie.
Należy nalać do elektrycznego czajnika wody (około jednego litra na herbatę) i włączyć grzałkę. Potem usiąść na chwilę przed komputerem, zjeść obiad, skorzystać z łazienki... cokolwiek, co pozwoli na zajęcie czasu niezbędnego do zagotowania wody i częściowego jej ostudzenia. Następnie, ponownie zagotować wodę i zalać herbatę. Powtórzyć czynności wypełniające nieznośny czas oczekiwania lub wymyślić całkiem nowe. Herbata powinna bardzo mocno się zaparzyć i najlepiej ostygnąć, przynajmniej do temperatury letniej. Wtedy można przystąpić do ostatniego etapu: wyjąć woreczek z wyparzoną już herbatą, połowę mikstury wylać do zlewu, po raz trzeci zagotować wodę w czajniku (ciągle tą samą - przecież mówiłam, że będzie potrzebny przynajmniej litr) i dolać do kubka. Tak otrzymany napar, idealnie nasycony i o doskonałej temperaturze doprawia się do smaku według uznania lub w ogóle i już można się nim rozkoszować. Z herbatkami owocowymi może być większy problem, bo zazwyczaj ich esencja nie jest na tyle mocna, by pozwolić sobie na rozrzedzanie dodatkową porcją wody, ale wtedy wielce pomocne jest podgrzanie w mikrofalówce w ramach trzeciego etapu. Zatem do dzieła i smacznego! Korzystajcie z mądrości i sprawdzonych sposobów znawców herbacianego kunsztu.

wtorek, 22 stycznia 2013

Punktualność.

To nigdy nie była moja mocna strona. Właściwie to nigdy nie była moja żadna strona, bo z punktualnością znamy się tylko ze słyszenia. Przez lata podjęłam liczne próby stawienia jej czoła, ale to chyba po prostu nie dla mnie. I to nie to, że się nie staram. Dobrze wiem, ile wcześniej powinnam wyjść, żeby zdążyć w dane miejsce na czas, ale po drodze zawsze, ZAWSZE wypada jakieś ''coś'', które i tak pokrzyżuje moje plany.
Wczoraj na przykład. Mój M. postanowił poprawić mi humor w nie najlepszym do tej pory dniu i zaprosić do knajpy na soczek. Soczek zamienił się w herbatę, a do niej dodana była jeszcze przepyszna tortilla, ale ja przecież nie o tym.
''Bądź o wpół do, ja przyjdę pieszo''. Wpół do, ok, czyli te 15-20 po trzeba wyjść. Da się zrobić. Miałam jeszcze chyba ze 40min, całą masę czasu, który przecież trzeba było wykorzystać. Przejrzałam kolejne aukcje na pewnym serwisie internetowym na A. w poszukiwaniu kolejnych elementów wyprawki dla maleństwa. Dorzuciłam trochę drewna do kominka. Opierdzieliłam psa, bo znowu zeżarł coś, czego absolutnie nie powinien. Takie tam drobiazgi. 5 po, oj, trzeba się zbierać. Przetrząsnęłam szybko kupkę ubrań (dlaczego one nie są w szafie?!), przebrałam się, błyskawiczna kreska na powiece, ale zaraz co to znowu za plamki? To jeszcze korektor, dwa maźnięcia pudrem. Cholerne włosy. Trudno, musi tak zostać. Buty, kurtka, torebka... dokumenty... gdzie są dokumenty?! Szukam. W kuchni, w kurtce M. ... nie ma. Zalazły się w torebce, co one tam robiły? 25 po. Szanse dojechania na miejsce na czas nikłe jak przygasający ogień w kominku (czemu drewno się nie pali? Nie ma czasu interweniować...). Wybiegam. Przed domem śnieg. A właściwie lód, który wygląda jak śnieg. Szarpię się z furtką, która chyba trochę przymarzła. Wsiadam do auta. Nic nie widzę! Wszystko oblodzone... nie oszronione – oblodzone! Na wszystkich szybach kilkumilimetrowa warstwa lodu. Skrobanie nic nie daje, płyn do odmrażania zamarza. 35 po. Szanse dojechania na czas dawno już przepadły. Zirytowana stukam skrobaczką w lodową pokrywę, która mozolnie zaczyna odpadać. Niestety boczne szyby nie dają za wygraną. 40 po dzwonię do M. z płaczliwym głosem mającym zapewnić mi choć odrobinę wyrozumiałości, przepraszam za spóźnienie i obiecuję być za 5 min. Jadę, choć nie powinnam, bo widoczność w bocznych szybach ogranicza się do niewystarczającego minimum. Na szczęście po chwili lód zaczął odpadać od nagrzanych już szyb. Nic jednak nie mogło mnie już uchronić przed 20 minutowym spóźnieniem. Jak zwykle.
Lód to było coś nowego, ale powód znajdzie się zawsze. Pies ucieknie, podeszwa buta odpadnie (serio!), klucze się schowają... I jak tu wygrać z takimi przeciwnościami?
Punktualność. Moja babcia zawsze wychodziła wszędzie 20min wcześniej niż potrzeba, żeby nigdy się nie spóźnić. Mama nie musiała nastawiać budzika, bo zawsze wstawała na czas i nigdy się nie spóźniła. Ja... a ja chyba już nigdy się tej trudnej sztuki nie nauczę. M. wybaczy, jeszcze przytuli i zapyta czy wszystko dobrze, ale profesor na zajęciach, albo szef w pracy? Albo lekarz, do którego znowu się spóźniam na umówioną wizytę? A praca, którą znowu zaczęłam pisać o tydzień za późno, albo egzamin, który nagle jest już jutro, a przecież dopiero co miałam jeszcze cały tydzień? Tak, to wszystko sięga znacznie dalej... może macie dla mnie jakąś dobrą radę? Tylko nie ''wyjdź/ zacznij/ zrób wcześniej'', bo zapewniam, że to nie działa. Za wszystkie sprawdzone pomysły i rozwiązania będę bardzo wdzięczna, a na razie muszę lecieć, bo już pół godziny temu miałam jechać z materiałami promocyjnymi do klientów. Punktualność... widzieliście ją gdzieś ostatnio? Może kiedyś przypadkiem się na nią natknę...

środa, 16 stycznia 2013

Paradoksy.

Dwie refleksje na dziś. Pierwszą zawdzięczam kolejnej pracy domowej, jaką mój M. przytachał na wieczór z pracy. Szczegółów niestety nie jestem w stanie podać, bo ten cały agencjowo-reklamowo-multimedialno-projektowy żargon mnie przerasta, ale miał przygotować kilka rysunków.
Krótka mobilizacja, kilkanaście minut przeszukiwania mieszkania i na szczęście są, znalezione: blok, kilka ołówków, dwie gumki. Tęskniłam za tym. Kiedyś była to i moja pasja, ale rozwiała się gdzieś po drodze, pozostając jedynie miłym wspomnieniem. Inspiracja przyszła z najmniej spodziewanej strony. Oby więcej takich niespodzianek.
Uwielbiam wspólne spędzanie czasu, dzielenie go, a niekoniecznie musi to oznaczać robienie jednej, tej samej rzeczy. Skupieni na swoich kartkach, kreślimy pierwsze kreski, formy, podbieramy sobie gumkę, czasem na twarz przekrada się grymas niezadowolenia... mój M. szybko kreśli kolejny rysunek, odrzuca go, zaczyna następny... ja mozolnie tworzę całą scenkę: pewna uliczka, roześmiana dziewczyna, w tle turyści, wspomnienie z wakacji. Niezbyt zadowolona z jakości rysunku nie posiadam się z radości, że znowu rysuję. Po jakimś czasie zmęczenie wywołane późną porą i trudami dnia wygrywa i zasypiam na kanapie, a mój M. tworzy dalej. Nazajutrz miało się okazać, że poszło mu całkiem nieźle, a na jednym z rysunków odnalazłam zwiniętą w kłębek, śpiącą siebie. Czy tylko mi się wydaje, czy rysunek mówił ''kocham Cię''?
A refleksja? Można robić coś niby razem, a być o lata świetlne od siebie, można robić coś oddzielnie i dopiero być naprawdę blisko.

Co do drugiej sprawy, to cóż... im mniejsze szczęście tym go więcej. Moje jeszcze nie pojawiło się na świecie, a już sprawia, że nawet najbardziej szary dzień przybiera wszystkie kolory tęczy. A jak to będzie, gdy już całkowicie pojawi się naszym życiu? Zobaczymy za dwa miesiące, ale już nie mogę się doczekać. I mam same dobre przeczucia. Najlepsze. Mój M. ma w tym swój całkiem spory udział. Chyba pójdę mu podziękować...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Bo w życiu chodzi o to...

...aby nie upaść w błoto. Nie dać się wyrolować. Nie robić za frajera. Czy można prościej? Chyba nie, więc dlaczego zawsze kończy się tak samo? Czyżbym stanęła w złej kolejce, kiedy przydzielano zdolność do żerowania na pracy innych lub do odwalania całej roboty? Najwyraźniej. Na nic zdały się solenne obietnice dane sobie samej, zirytowanemu moim brakiem asertywności M. (''taka wyszczekana, a tak się dała wrobić!'') i całej reszcie świata. Kolejne cudem wykradzione godziny wolnego czasu, kolejne zarwane noce nad pracą grupową, w której wkład pozostałych ograniczał się głównie do dopisania nazwiska na stronie tytułowej. Musiałam pomylić kolejki, nie ma innego wytłumaczenia. Bo co innego decyduje o tym, że mimo takich samych grożących wszystkim konsekwencji jedni umywają ręce (ba, potrafią nawet bez ogródek zaproponować ''to co, zajmiesz się tym?'' No przecież powiedziałam, że nie ma mowy!), a inni (w zdecydowanej mniejszości) zrezygnują z i tak już niewielu godzin snu, żeby tylko nie dać plamy. Jak zdobyć tak cenną umiejętność liczenia na to, że kto inny zrobi coś za Ciebie? I skąd pewność, że faktycznie tak będzie? Że zawsze znajdzie się jakiś frajer? Czyżby mieli to napisane na czołach? Czyżbym JA miała coś takiego napisane na czole?! Patrzyłam w lustro, nie widziałam. Może to też zdolność przypisana tym cwańszym. Może trzeba sobie zrobić grzywkę...

wtorek, 8 stycznia 2013

Bułka z masłem.

To niezwykłe, jak dwoje ludzi różnie może odbierać dane wydarzenia, jak potrafią się na kimś odcisnąć lub zwyczajnie odejść w zapomnienie, jako mniej lub bardziej nieprzyjemny, jednak w ogólnym rozrachunku mało istotny epizod.
Mój M. wytyka mi czasem, że marudzę. Zaprzeczać nie będę. Najbardziej lubię narzekać na ludzi, ich niezaradność, obojętność, omylność, przekonanie o własnej nieomylności, złe zachowanie, brak kultury, niepoprawną polszczyznę, wulgarność, ale czasem dostaje się też rzeczom martwym, szczególnie tym złośliwym, a także idącym nie po mojej myśli. No cóż, lepiej nie będzie. Plusem (z męskiego punktu widzenia pewnie minusem) jest jednak to, że są to narzekania krótkotrwałe, pod wpływem chwili, ogólnie nieistotne. Być może pozwalają jednak odreagować trudy zmagań z prawdziwymi przeciwnościami losu, które stają się mniej dokuczliwe, łatwiejsze do pokonania i niemal natychmiastowego zapomnienia w chwili ich przeminięcia. Jeżeli tak to właśnie jest, to uznaję to za niezwykle cenną umiejętność. Sami powiedzcie.. jaki jest sens rozpamiętywania czegoś, co było, skoro minęło? Im trudniejsze do przejścia, tym szybciej powinno dać się zbagatelizować, odejść w niepamięć, stracić na znaczeniu. Powinny zostać tylko wnioski i nauka, by nie powtarzać tych samych błędów lub umiejętniej ich unikać. No i jeszcze jedna z moich cenniejszych myśli przewodnich ''jeśli dziś nie potrafisz znaleźć rozwiązania – nie zadręczaj się, możesz sobie tylko zaszkodzić, a być może jutro wyjście z sytuacji nagle się znajdzie''. Może brzmi banalnie, trochę infantylnie i nierealnie, ale konsekwentnie stosowane okazuję się doskonale sprawdzać. I zaoszczędza nieprzespanych nocy!
Skąd cały ten wywód? Zainspirowany został właśnie nieprzespaną nocą, ale nie spędzoną na zamartwianiu się tylko na dworcu autobusowym z powodu niewystarczająco dobrej komunikacji (lub raczej nieprzewidzeniu nagłego obłożenia połączeń autobusowych na dzień przed Wigilią i wiążącego się z tym brakiem miejsc w kilkunastu autobusach odjeżdżających przez 14 kolejnych godzin). Nie była to może jedna z najbardziej udanych podróży, ale kto by o tym pamiętał, zwłaszcza, że od tego czasu minęły już chyba lata świetlne... prawda? A może to poczucie winy za nie najlepiej zorganizowany wyjazd odebrało tej nielekkiej w końcu nocy całe znaczenie? Nie, wolę jednak wersję, że to po prostu mój system radzenia sobie z przeciwnościami działa bez zarzutu, a ze mnie taka twardzielka, że spędzenie 14h na dworcowej ławce to bułka z masłem. Chociaż bułki też nam się wtedy skończyły...