To nigdy nie była moja mocna strona.
Właściwie to nigdy nie była moja żadna strona, bo z
punktualnością znamy się tylko ze słyszenia. Przez lata podjęłam
liczne próby stawienia jej czoła, ale to chyba po prostu nie dla
mnie. I to nie to, że się nie staram. Dobrze wiem, ile wcześniej
powinnam wyjść, żeby zdążyć w dane miejsce na czas, ale po
drodze zawsze, ZAWSZE wypada jakieś ''coś'', które i tak
pokrzyżuje moje plany.
Wczoraj na przykład. Mój M.
postanowił poprawić mi humor w nie najlepszym do tej pory dniu i
zaprosić do knajpy na soczek. Soczek zamienił się w herbatę, a do
niej dodana była jeszcze przepyszna tortilla, ale ja przecież nie o
tym.
''Bądź o wpół do, ja przyjdę
pieszo''. Wpół do, ok, czyli te 15-20 po trzeba wyjść. Da się
zrobić. Miałam jeszcze chyba ze 40min, całą masę czasu, który
przecież trzeba było wykorzystać. Przejrzałam kolejne aukcje na
pewnym serwisie internetowym na A. w poszukiwaniu kolejnych elementów
wyprawki dla maleństwa. Dorzuciłam trochę drewna do kominka.
Opierdzieliłam psa, bo znowu zeżarł coś, czego absolutnie nie
powinien. Takie tam drobiazgi. 5 po, oj, trzeba się zbierać.
Przetrząsnęłam szybko kupkę ubrań (dlaczego one nie są w
szafie?!), przebrałam się, błyskawiczna kreska na powiece, ale
zaraz co to znowu za plamki? To jeszcze korektor, dwa maźnięcia
pudrem. Cholerne włosy. Trudno, musi tak zostać. Buty, kurtka,
torebka... dokumenty... gdzie są dokumenty?! Szukam. W kuchni, w
kurtce M. ... nie ma. Zalazły się w torebce, co one tam robiły? 25
po. Szanse dojechania na miejsce na czas nikłe jak przygasający
ogień w kominku (czemu drewno się nie pali? Nie ma czasu
interweniować...). Wybiegam. Przed domem śnieg. A właściwie lód,
który wygląda jak śnieg. Szarpię się z furtką, która chyba
trochę przymarzła. Wsiadam do auta. Nic nie widzę! Wszystko
oblodzone... nie oszronione – oblodzone! Na wszystkich szybach
kilkumilimetrowa warstwa lodu. Skrobanie nic nie daje, płyn do
odmrażania zamarza. 35 po. Szanse dojechania na czas dawno już
przepadły. Zirytowana stukam skrobaczką w lodową pokrywę, która
mozolnie zaczyna odpadać. Niestety boczne szyby nie dają za
wygraną. 40 po dzwonię do M. z płaczliwym głosem mającym
zapewnić mi choć odrobinę wyrozumiałości, przepraszam za
spóźnienie i obiecuję być za 5 min. Jadę, choć nie powinnam, bo
widoczność w bocznych szybach ogranicza się do niewystarczającego
minimum. Na szczęście po chwili lód zaczął odpadać od
nagrzanych już szyb. Nic jednak nie mogło mnie już uchronić przed
20 minutowym spóźnieniem. Jak zwykle.
Lód to było coś nowego, ale powód
znajdzie się zawsze. Pies ucieknie, podeszwa buta odpadnie (serio!),
klucze się schowają... I jak tu wygrać z takimi przeciwnościami?
Punktualność. Moja babcia zawsze
wychodziła wszędzie 20min wcześniej niż potrzeba, żeby nigdy się
nie spóźnić. Mama nie musiała nastawiać budzika, bo zawsze
wstawała na czas i nigdy się nie spóźniła. Ja... a ja chyba już
nigdy się tej trudnej sztuki nie nauczę. M. wybaczy, jeszcze
przytuli i zapyta czy wszystko dobrze, ale profesor na zajęciach,
albo szef w pracy? Albo lekarz, do którego znowu się spóźniam na
umówioną wizytę? A praca, którą znowu zaczęłam pisać o
tydzień za późno, albo egzamin, który nagle jest już jutro, a
przecież dopiero co miałam jeszcze cały tydzień? Tak, to wszystko
sięga znacznie dalej... może macie dla mnie jakąś dobrą radę?
Tylko nie ''wyjdź/ zacznij/ zrób wcześniej'', bo zapewniam, że to
nie działa. Za wszystkie sprawdzone pomysły i rozwiązania będę
bardzo wdzięczna, a na razie muszę lecieć, bo już pół godziny
temu miałam jechać z materiałami promocyjnymi do klientów.
Punktualność... widzieliście ją gdzieś ostatnio? Może kiedyś przypadkiem się na nią natknę...