Kwiecień, maj, czerwiec... tak, daty nie kłamią. Już niemal trzy miesiące minęły od ostatniego wpisu i szczerze mówiąc myślałam, że więcej tu nie zajrzę. Nigdy niczego nie potrafiłam robić systematycznie, a słomiany zapał to tylko jedna z moich nie najlepszych cech. Jak to jednak bywa, motywacja przyszła z najmniej oczekiwanej strony i oto jestem tu znowu.
3 miesiące... tyle w tym tygodniu skończyła nasza córeczka, wyrastając z kolejnej partii ubrań, całkowicie mnie tym zaskakując i zadziwiając. I tu małe ostrzeżenie dla przyszłych mam: to, że na jakiejś metce napisano ''3-6 miesięcy'', wcale nie oznacza, że Wasze dziecko w takowe ubranko w takowym wieku się zmieści. Ale ja nie o tym...
Tak się składa, że dziś jest dzień ojca. Dzień niezwykle wyjątkowy, pierwszy dzień ojca w naszym domu. Niestety, nie dość, że nie w domu, to jeszcze przez wydarzenia jakie zdominowały ostatni dni zupełnie zapomniałam, że to dziś. Na szczęście nasza malutka jak zwykle spisała się fantastycznie i dała tacie najlepszy prezent z możliwych, czyli swoje roześmiane oczy, ufnie w niego wpatrzone i najszczersze z uśmiechów. Myślę, że obdarowany nimi tata całkowicie by się ze mną zgodził.
Na pewnej stronie napisano z okazji tego dnia ''Każdy może być ojcem, ale tylko ktoś wyjątkowy może być tatą...'' Czyż to nie najprawdziwsze w świecie? Mój M. pewnie śmiałby się, że cytuję takie frazesy, chociaż może dziś mi odpuści, bo i jego trochę to wzruszy. A więc kochanie, dla Ciebie, dla TATY, najcudowniejszego tatusia mojej malutkiej, najlepsze życzenia z okazji Twojego dnia. Olga nie mogłaby mieć lepszego taty. Kochamy Cię obie najbardziej na świecie i wykreślamy kolejny dzień w kalendarzu. Już niedługo... :*
niedziela, 23 czerwca 2013
czwartek, 4 kwietnia 2013
Masakra? Maskara!
- Musisz się jutro zrobić na bóstwo, to może coś na przyszły tydzień zostanie.
- ???
- No nie patrz tak, przecież wiem, że nie masz czasu dla siebie. To dlatego tak wyglądasz.
- ...
Niby jak?
- No taka zmęczona i nieumalowana.
- Kiedyś podobałam Ci się bez makijażu!
- Tak..?
- ...
Podobno ślub wszystko zmienia. W naszym przypadku nie zmienił nic. Miłość, szacunek, zaufanie, troska, czułość, potrzeba siebie. Wszystko pozostaje takim, jakie było i na jakie się zapracowało, byle tylko nie przestawać o to dbać.
Podobno dziecko wszystko zmienia. Chyba za szybko, by móc coś powiedzieć. Co prawda przestaje się być najważniejszą osobą, nie ma czasu pomalować rzęs, noc nie jest już od spania, a cały plan dnia kręci wokół pór karmienia i zawsze zbyt krótkich drzemek dziecka, ale.. Ale po kilki-kilkunastu dniach całkowitego zamieszania, rozregulowania, wariactwa i świata, który wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze chwilę wcześniej okazuje się, że uczucia się nie zmieniają, pojawiają się nowe, tak, ale te ''stare'' nadal tak samo wypełniają serce i cieszą. Spojrzenie ukochanego tak samo rozgrzewa, tam głęboko w środeczku, jego uśmiech wywołuje tą samą radość i czułość, zmęczenie tak samo martwi, a ciepło koi.
Na nieprzespane noce rady nie ma, tylko czas, a on przecież tak nieubłaganie przemija, że sama nie wiem, czy bardziej martwi mnie niewyspanie czy to, że nawet się nie obejrzymy, a miną kolejne miesiące i to wszystko będzie za nami, bezpowrotnie.
Najgorzej sprawa wygląda z tuszem do rzęs. Bo kolejny dzień w domu, kolejny w piżamie, kolejny, gdy nie ma po co się ubierać, malować. Włosy dawno już przestały wyglądać jakkolwiek - tak długo zapuszczane, teraz wiecznie ubezwłasnowolnione gumką, bo przeszkadzają. Aż w pewnej chwili M. serwuje tekst taki jak powyżej. To, że przegiął nie ulega najmniejszej wątpliwości (nie martwcie się, mój foch był mistrzowski!), ale po czasie przyszło też oprzytomnienie - w końcu powód wytężonych wysiłków i dbania o siebie nie zniknął. Dla kogo kupiłam pierwsze szpilki, czerwone bikini, sukienkę w kwiaty i tusz do rzęs? No właśnie... Bo z dzieckiem jest chyba jak ze ślubem, może wnieść coś nowego i pięknego, albo wszystko pozmieniać, jeśli się na to pozwoli, zaniedba, odpuści. A tego byśmy nie chcieli :)
Pozostaje tylko jedno niepokojące pytanie: kiedy M. doszedł do wniosku, że bardziej podobam mu się umalowana?!
- ???
- No nie patrz tak, przecież wiem, że nie masz czasu dla siebie. To dlatego tak wyglądasz.
- ...
Niby jak?
- No taka zmęczona i nieumalowana.
- Kiedyś podobałam Ci się bez makijażu!
- Tak..?
- ...
Podobno ślub wszystko zmienia. W naszym przypadku nie zmienił nic. Miłość, szacunek, zaufanie, troska, czułość, potrzeba siebie. Wszystko pozostaje takim, jakie było i na jakie się zapracowało, byle tylko nie przestawać o to dbać.
Podobno dziecko wszystko zmienia. Chyba za szybko, by móc coś powiedzieć. Co prawda przestaje się być najważniejszą osobą, nie ma czasu pomalować rzęs, noc nie jest już od spania, a cały plan dnia kręci wokół pór karmienia i zawsze zbyt krótkich drzemek dziecka, ale.. Ale po kilki-kilkunastu dniach całkowitego zamieszania, rozregulowania, wariactwa i świata, który wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze chwilę wcześniej okazuje się, że uczucia się nie zmieniają, pojawiają się nowe, tak, ale te ''stare'' nadal tak samo wypełniają serce i cieszą. Spojrzenie ukochanego tak samo rozgrzewa, tam głęboko w środeczku, jego uśmiech wywołuje tą samą radość i czułość, zmęczenie tak samo martwi, a ciepło koi.
Na nieprzespane noce rady nie ma, tylko czas, a on przecież tak nieubłaganie przemija, że sama nie wiem, czy bardziej martwi mnie niewyspanie czy to, że nawet się nie obejrzymy, a miną kolejne miesiące i to wszystko będzie za nami, bezpowrotnie.
Najgorzej sprawa wygląda z tuszem do rzęs. Bo kolejny dzień w domu, kolejny w piżamie, kolejny, gdy nie ma po co się ubierać, malować. Włosy dawno już przestały wyglądać jakkolwiek - tak długo zapuszczane, teraz wiecznie ubezwłasnowolnione gumką, bo przeszkadzają. Aż w pewnej chwili M. serwuje tekst taki jak powyżej. To, że przegiął nie ulega najmniejszej wątpliwości (nie martwcie się, mój foch był mistrzowski!), ale po czasie przyszło też oprzytomnienie - w końcu powód wytężonych wysiłków i dbania o siebie nie zniknął. Dla kogo kupiłam pierwsze szpilki, czerwone bikini, sukienkę w kwiaty i tusz do rzęs? No właśnie... Bo z dzieckiem jest chyba jak ze ślubem, może wnieść coś nowego i pięknego, albo wszystko pozmieniać, jeśli się na to pozwoli, zaniedba, odpuści. A tego byśmy nie chcieli :)
Pozostaje tylko jedno niepokojące pytanie: kiedy M. doszedł do wniosku, że bardziej podobam mu się umalowana?!
niedziela, 31 marca 2013
Pascha.
Coś, czego na wielkanocnym stole zabraknąć nie może (właściwie to może, ale to jedna z tych rzeczy, które robi się raz do roku - coś jak pierogi z kapustą i grzybami na Wigilię - więc szkoda by było o to nie zadbać). W związku z nawałem nowych obowiązków (przewijanie-karmienie-usypianie-przewijanie-karmienie-przewijanie-usypianie-karmienie-kąpiel-przewijanie-usypianie...) w tym roku idę na absolutną łatwiznę i całe święta będziemy się stołować u teściów. Mieszkają raptem piętro niżej, więc logistycznie to banalnie proste, a że dopiero zaczynam naukę godzenia zajmowania się Maleństwem z innymi aspektami życia, goszczenie przy ich stole jest mi bardzo na rękę ;) Jedyne co udało mi się samej zrobić to właśnie pascha, która już się chłodzi w lodówce, aby jutro pięknić się na stole i pysznie smakować. Oby tylko się udała. Może jak już ją wyłożę na talerz, udekoruję, popatrzę na rozwieszone ozdoby świąteczne, to nieco bardziej dotrze do mnie, że to Wielkanoc. Pisanek nie robiliśmy, bo po prostu nie starczyło czasu, ze święconką M. poszedł sam, bo dla Olgi za wcześnie jeszcze na kontakt ze światem,a nawet koszyczek nie był nasz, bo przy przednarodzeniowych porządkach tak go ładnie uprzątnęliśmy, że żadne z nas nie wiedziało, gdzie go szukać. I słońca nie ma i jest brzydko. I bazie nie zakwitły. Co to za Wielkanoc? Przynajmniej pascha będzie i to nasza własna, choć nie przy naszym stole. Jutro rano cała trójką (a jak!) ładnie się ubierzemy i pójdziemy w gości do rodziców, którzy przecież i tak tylko czekają, żeby upragniona wnusia do nich zawitała. Da się zrobić.
środa, 27 marca 2013
OLGA
Niepozorny zlepek czterech najpiękniejszych literek na świecie, a za nimi ukryta cała masa nieznanych dotąd emocji i obrazów, które ciężko opisać słowami. Maleńka istotka, na którą można patrzeć nie wiedząc nic o upływającym czasie czy reszcie świata, który przecież nadal gdzieś tam jest, ale jakby zupełnie stracił na znaczeniu. Jest z nami od tygodnia (no, do pamiętnej godziny 15:00 jeszcze trochę ponad 6 godzin), a ja już zastanawiam się, kiedy to minęło i co zrobić, żeby jak najlepiej wykorzystać każdy dzień, jak najwięcej jej dać, najlepiej zadbać, bo każdy dzień jest tylko raz i drugiej szansy nie będzie.
Na dworze niestety nadal nieznośnie zimno i ze spacerami trzeba poczekać na bardziej sprzyjające warunki. A tak marzyła mi się pierwsza wyprawa ze święconką we trójkę. No nic, będą inne okazje, ale wiosno przybywaj już wreszcie, bo z Olgusią czekamy na Ciebie!
Na dworze niestety nadal nieznośnie zimno i ze spacerami trzeba poczekać na bardziej sprzyjające warunki. A tak marzyła mi się pierwsza wyprawa ze święconką we trójkę. No nic, będą inne okazje, ale wiosno przybywaj już wreszcie, bo z Olgusią czekamy na Ciebie!
niedziela, 17 marca 2013
Tik tak...
Niedziela. Znowu. Czas leci nieznośnie
wolno i za szybko jednocześnie. Tydzień nie przyniósł wielce
oczekiwanej niespodzianki i trzeba się z tym jakoś pogodzić. Było
za to kilka nowych doświadczeń, parę dobrze podjętych decyzji i
udanych dni. Była piękna pogoda, napełniające chęcią do życia
i radością słoneczko, grupowe zwiedzanie porodówki (doświadczenie
uspokajające i stresujące za razem), sobotnie spotkanie ze
znajomymi i ich przeuroczą pociechą, niedzielny spacer do lasu,
wyprawa na giełdę ptaków (zwierzęta piękne, warunki w jakich
nimi targowano – dla mnie przerażające), pewien bardzo udany
zakup, dobry film (''Flight'', z zawsze doskonałym Denzelem) i kilka
bezcennych chwil we dwoje. Była też najlepsza w świecie sesja z
brzuszkiem, z której przepiękne zdjęcia w wykonaniu mojego M. będą
jedną z cudowniejszych pamiątek z tego okresu. Na taki koniec
tygodnia nie ma co narzekać.
Najprawdopodobniej jest to nasz ostatni
weekend tylko we dwoje. Nadal ciężko jest mi to sobie wyobrazić, a
w głowie kłębią się dziesiątki pytań. Mimo strachu oboje
jednak bardzo czekamy już na zmianę - na naszego ''babolka'',
na mnie bez brzucha, na nowe obowiązki, wykradzione dniu chwile
tylko dla nas, na wózkowo-rolkowe wyprawy na zaporę i nasze spacery
do lasu, bo wychowywanie dziecka w centrum handlowym nie jest dla
nas. Ale to wszystko za jakiś czas, jeszcze nie teraz, nie dziś,
nie jutro. Teraz jesteśmy tylko my i jest cudownie. Podobno nie ma
sprawdzonej recepty na szczęście, każdy musi znaleźć/ stworzyć/
trafić na swój unikalny przepis. Nam chyba się udało.
sobota, 16 marca 2013
Wdech... i wydech...
Jestem tchórzem, to już oficjalne.
Data wyznaczona, odliczanie rozpoczęte, a ja miotam się pomiędzy
chęcią rozpłakania, zaprzeczania, schowania się przed światem
oraz nieudolnymi próbami zatrzymania czasu. Nie idzie mi najlepiej.
I jak na złość akurat dziś świeci słońce! Głęboki
wdech... kolejny i kolejny... nic nie pomaga. Czy 9 miesięcy nie
powinno wystarczyć, by zebrać w sobie wystarczająco dużo odwagi i
zmierzyć się z tym, co nieuniknione, a jednocześnie przecież tak
upragnione? Zaczynam w to bardzo mocno wątpić.
Strach, strach przed nieznanym. Chyba
nie ma na niego lekarstwa.
Mój M. jakby nigdy nic przewraca się w łóżku na drugi bok i szczelniej opatula kołdrą. Pełen spokój. Zawsze wiedziałam, że oni mają lepiej!
piątek, 15 marca 2013
Dober dan!
Aby dzień był dobry, powinien dobrze
się zacząć. A od czego zaczyna się dzień, jeśli nie od
śniadania? Może tak więc naleśniki z duszonym na masełku
bananem, rozpływającą się Nutellą, przykryte puszystą kremówką?
O TAK! I od razu jakoś tak przyjemniej się na świecie robi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)