Coś, czego na wielkanocnym stole zabraknąć nie może (właściwie to może, ale to jedna z tych rzeczy, które robi się raz do roku - coś jak pierogi z kapustą i grzybami na Wigilię - więc szkoda by było o to nie zadbać). W związku z nawałem nowych obowiązków (przewijanie-karmienie-usypianie-przewijanie-karmienie-przewijanie-usypianie-karmienie-kąpiel-przewijanie-usypianie...) w tym roku idę na absolutną łatwiznę i całe święta będziemy się stołować u teściów. Mieszkają raptem piętro niżej, więc logistycznie to banalnie proste, a że dopiero zaczynam naukę godzenia zajmowania się Maleństwem z innymi aspektami życia, goszczenie przy ich stole jest mi bardzo na rękę ;) Jedyne co udało mi się samej zrobić to właśnie pascha, która już się chłodzi w lodówce, aby jutro pięknić się na stole i pysznie smakować. Oby tylko się udała. Może jak już ją wyłożę na talerz, udekoruję, popatrzę na rozwieszone ozdoby świąteczne, to nieco bardziej dotrze do mnie, że to Wielkanoc. Pisanek nie robiliśmy, bo po prostu nie starczyło czasu, ze święconką M. poszedł sam, bo dla Olgi za wcześnie jeszcze na kontakt ze światem,a nawet koszyczek nie był nasz, bo przy przednarodzeniowych porządkach tak go ładnie uprzątnęliśmy, że żadne z nas nie wiedziało, gdzie go szukać. I słońca nie ma i jest brzydko. I bazie nie zakwitły. Co to za Wielkanoc? Przynajmniej pascha będzie i to nasza własna, choć nie przy naszym stole. Jutro rano cała trójką (a jak!) ładnie się ubierzemy i pójdziemy w gości do rodziców, którzy przecież i tak tylko czekają, żeby upragniona wnusia do nich zawitała. Da się zrobić.
niedziela, 31 marca 2013
środa, 27 marca 2013
OLGA
Niepozorny zlepek czterech najpiękniejszych literek na świecie, a za nimi ukryta cała masa nieznanych dotąd emocji i obrazów, które ciężko opisać słowami. Maleńka istotka, na którą można patrzeć nie wiedząc nic o upływającym czasie czy reszcie świata, który przecież nadal gdzieś tam jest, ale jakby zupełnie stracił na znaczeniu. Jest z nami od tygodnia (no, do pamiętnej godziny 15:00 jeszcze trochę ponad 6 godzin), a ja już zastanawiam się, kiedy to minęło i co zrobić, żeby jak najlepiej wykorzystać każdy dzień, jak najwięcej jej dać, najlepiej zadbać, bo każdy dzień jest tylko raz i drugiej szansy nie będzie.
Na dworze niestety nadal nieznośnie zimno i ze spacerami trzeba poczekać na bardziej sprzyjające warunki. A tak marzyła mi się pierwsza wyprawa ze święconką we trójkę. No nic, będą inne okazje, ale wiosno przybywaj już wreszcie, bo z Olgusią czekamy na Ciebie!
Na dworze niestety nadal nieznośnie zimno i ze spacerami trzeba poczekać na bardziej sprzyjające warunki. A tak marzyła mi się pierwsza wyprawa ze święconką we trójkę. No nic, będą inne okazje, ale wiosno przybywaj już wreszcie, bo z Olgusią czekamy na Ciebie!
niedziela, 17 marca 2013
Tik tak...
Niedziela. Znowu. Czas leci nieznośnie
wolno i za szybko jednocześnie. Tydzień nie przyniósł wielce
oczekiwanej niespodzianki i trzeba się z tym jakoś pogodzić. Było
za to kilka nowych doświadczeń, parę dobrze podjętych decyzji i
udanych dni. Była piękna pogoda, napełniające chęcią do życia
i radością słoneczko, grupowe zwiedzanie porodówki (doświadczenie
uspokajające i stresujące za razem), sobotnie spotkanie ze
znajomymi i ich przeuroczą pociechą, niedzielny spacer do lasu,
wyprawa na giełdę ptaków (zwierzęta piękne, warunki w jakich
nimi targowano – dla mnie przerażające), pewien bardzo udany
zakup, dobry film (''Flight'', z zawsze doskonałym Denzelem) i kilka
bezcennych chwil we dwoje. Była też najlepsza w świecie sesja z
brzuszkiem, z której przepiękne zdjęcia w wykonaniu mojego M. będą
jedną z cudowniejszych pamiątek z tego okresu. Na taki koniec
tygodnia nie ma co narzekać.
Najprawdopodobniej jest to nasz ostatni
weekend tylko we dwoje. Nadal ciężko jest mi to sobie wyobrazić, a
w głowie kłębią się dziesiątki pytań. Mimo strachu oboje
jednak bardzo czekamy już na zmianę - na naszego ''babolka'',
na mnie bez brzucha, na nowe obowiązki, wykradzione dniu chwile
tylko dla nas, na wózkowo-rolkowe wyprawy na zaporę i nasze spacery
do lasu, bo wychowywanie dziecka w centrum handlowym nie jest dla
nas. Ale to wszystko za jakiś czas, jeszcze nie teraz, nie dziś,
nie jutro. Teraz jesteśmy tylko my i jest cudownie. Podobno nie ma
sprawdzonej recepty na szczęście, każdy musi znaleźć/ stworzyć/
trafić na swój unikalny przepis. Nam chyba się udało.
sobota, 16 marca 2013
Wdech... i wydech...
Jestem tchórzem, to już oficjalne.
Data wyznaczona, odliczanie rozpoczęte, a ja miotam się pomiędzy
chęcią rozpłakania, zaprzeczania, schowania się przed światem
oraz nieudolnymi próbami zatrzymania czasu. Nie idzie mi najlepiej.
I jak na złość akurat dziś świeci słońce! Głęboki
wdech... kolejny i kolejny... nic nie pomaga. Czy 9 miesięcy nie
powinno wystarczyć, by zebrać w sobie wystarczająco dużo odwagi i
zmierzyć się z tym, co nieuniknione, a jednocześnie przecież tak
upragnione? Zaczynam w to bardzo mocno wątpić.
Strach, strach przed nieznanym. Chyba
nie ma na niego lekarstwa.
Mój M. jakby nigdy nic przewraca się w łóżku na drugi bok i szczelniej opatula kołdrą. Pełen spokój. Zawsze wiedziałam, że oni mają lepiej!
piątek, 15 marca 2013
Dober dan!
Aby dzień był dobry, powinien dobrze
się zacząć. A od czego zaczyna się dzień, jeśli nie od
śniadania? Może tak więc naleśniki z duszonym na masełku
bananem, rozpływającą się Nutellą, przykryte puszystą kremówką?
O TAK! I od razu jakoś tak przyjemniej się na świecie robi.
środa, 13 marca 2013
Senność w Seattle.
Tak
naprawdę, do Seattle mam jakieś 8545km (oczywiście samochodem,
według mapy pewnej wyszukiwarki na G.), ale przynajmniej pierwsza
część się zgadza. Zamiast wiosny przyszła zima, za oknem
biało-szaro, temperatury poniżej zera, słońca nie uświadczyliśmy
już od kilku dni. Mam wrażenie, jakby wszystkie funkcje życiowe
zwalniały, przygotowując ciało do hibernacji. Nic tylko zapaść w
zimowy sen.
W
dniach, które wreszcie miały być przeznaczone wyłącznie na
odpoczynek, jak na złość nagromadziło się wyjątkowo dużo pracy
i spraw do pozałatwiania. Mam niewyobrażalny wręcz talent do
odkładania rzeczy ''na później'', z którego ku swej wielkiej
rozpaczy nie mogę obecnie korzystać, jako że owo ''później''
liczy sobie coraz mniej dni i czas zaczyna naprawdę mocno gonić.
Brzuszek radośnie faluje przybierając wszelkie możliwe kształty
(jestem niemal pewna, że o większości z nich geometria nawet nie
słyszała), a ja staram się wykrzesać z siebie jeszcze chociaż
troszkę sił i przymusić do kilku godzin pracy, zamknięcia
kolejnych spraw, odhaczenia z listy ''Do załatwienia. Koniecznie!''.
Tylko jak to zrobić, kiedy alternatywą jest zakopanie się pod
kocem na kanapie i udawanie, że ostatecznie z czym nie zdążę
dziś, na pewno uda się zrobić jutro? Żeby tak jeszcze chociaż
słoneczko świeciło i wołało, by na chwilę do niego wyjść,
ogrzać się w jego promieniach; wlało trochę życiodajnej energii
do znużonego ciała, zdopingowało do działania. Ale nie, po co.
Zamiast tego jest szaro, zimno, nieprzyjemnie. I znów myśli wędrują
ku ciepłej herbatce w ulubionym kubku z Reksiem i kocykowi.
Niestety, jak to mówią ''lajf is brutal'', trzeba brać się do
pracy, przyjemności muszą zaczekać, a na odpoczynek dopiero
przyjdzie czas. Niech to kaczy kuper...
niedziela, 10 marca 2013
Pół na pól.
Zakupy zrobione, ale jak zwykle czegoś
zabrakło. Auto sprzątnięte i wypucowane (mój M. nieźle się
namęczył!), ale gdy karoseria wyschła i tak wylazły jakieś
nieszczęsne niedomycia, a krótki wyjazd do lasu wystarczył, bym
zhańbiła świeżo wyprane dywaniki warstewką błota.
Wiosenno-przedświąteczne porządki rozpoczęte, ale że jak zwykle
zaczęłam od tego, co za zamkniętymi drzwiami w mieszkaniu nadal
panuje twórczy nieład (chociaż a) z twórczością to on ma
niewiele wspólnego; b) jak miło zagląda się do wypucowanej
lodówki, gdzie wszystko ma swoje miejsce!). Miły i odprężający
spacer do lasu zaliczony (niezwykle cichego w pochmurny dzień, tak
różnego od zeszłotygodniowego, słonecznego i wypełnionego
trelami ptaków), chociaż tym razem zostawiliśmy psiaka w domu i
trochę brakowało mi jego sarniego hasania po leśnym poszyciu. Film
''na który nie szkoda czasu'' obejrzany, ale coraz
większe trudności ze znalezieniem wygodnej pozycji oraz ostateczne
trafienie na nią uwieńczone 20 minutową drzemką wycięły z mojej
świadomości cenny fragment jego treści (na pewno te braki
nadrobię, a Wam polecam – ''Poradnik pozytywnego myślenia'':
niebanalny, z oskarową rolą J. Lawrence, wysokim poziomem aktorstwa
reszty obsady, nieskomplikowaną, a wciągającą fabułą). Było
także miłe posiedzenie z rodzicami mojego M., które tak nagle
zakończyło się trzaskaniem drzwiami, że do teraz nie za bardzo
wiem, co się stało. Dobrze, że emocje gasną tam tak szybko, jak
wybuchają.
Sobotni bilans: niby nieźle, ale jakoś
tak nie do końca. Na szczęście została jeszcze połowa weekendu,
wszystko idzie nadrobić, dokończyć i może zostanie jeszcze chwila
czasu, by nacieszyć się sobą i trochę odpocząć. Bo przecież
poniedziałek już tylko czeka, żeby nadejść, a wraz z nim cała
reszta tygodnia, która jednak, mam nadzieję, przyniesie kilka
miłych niespodzianek.
Ale póki co – witaj niedzielo!
Subskrybuj:
Posty (Atom)