sobota, 17 maja 2014
Autka.
Jedną z zalet (wielu, przeogromnych i dużo ważniejszych, niż ta) posiadania dużej rodziny jest niezliczona ilość rozmaitych rzeczy, jakie młodsze dzieci dostają po kuzynach. Ubranka, zabawki, książki, sprzęty, akcesoria... co tylko potrzebne i jeszcze więcej. Dziś specjalne podziękowania dla Huberta, za odziedziczoną po nim piżamkę w autka, która baaaardzo przypadła Oldze do gustu. W sam raz dla małego łobuziaka, jakim jest. Za pewne nadejdą kiedyś czasy różowych koszulek z Barbie i konikami Pony, ale póki co cieszę się chwilą. Niewiele zdążyliśmy rozmawiać o wychowaniu dziecka; kilka miesięcy ciąży i zaledwie 4 życia Olgi, ale żadne z nas nie chciało robić z niej ''różowej dziewczynki''. Codziennie dopada mnie masa wątpliwości odnośnie podejmowanych decyzji, niejasnej przyszłości kreślonej z obawami... za to patrzę na tego naszego Olgosa, czternastomiesięcznego brzdąca ze swoimi upodobaniami, potrzebami, które coraz dobitniej potrafi wyrażać, w skupieniu układającego klocki, naśladującego odgłosy zwierząt, wbijającego widelec w ulubioną parówkę, czy nawet ciskającą jakiś przedmiot ze złością, gdy coś jest nie po jej myśli... i śpiącą w absolutnie dziwacznej pozie, z nogami na poduszce, głową umoszczoną w fałdach kołdry, ubraną w piżamkę z autkami i wiem, że jest z niej dumny. Bardziej, niż dumny. On, który tak obawiał się roli ojca, On, który nie mógłby być lepszym tatą... patrzy na nią, uśmiecha się w ten tak charakterystyczny dla Niego sposób i mówi ''super jest''. Tak, Olga jest super. Kolorowe Światełko pośród wszechobecnej szarości.
czwartek, 15 maja 2014
Za mało.
Jest mnie za mało. Albo mam za mało rąk. Albo czasu. Nie daję rady. Spotkanie z prawnikiem, przygotować dokumenty, odszukać faktury, uzupełnić dokumentację do żłobka, skarbowy, ZUS, dokumenty na uczelnię, sesja, przejrzeć ubranka, bo niektóre już za małe, praca... przygotować oferty, spotkać się z klientem, w tym samym dniu być na uczelni, na spotkaniu 600km od domu, a przecież jeszcze ze znajomymi się umówiłam. No tak, znajomych trzeba odwołać, nie ma czasu. Zrobić zakupy, obiad, Olgę zabrać na basen, posprzątać, odebrać auto od mechanika. Jeszcze trzeba zadaszenie nad balkonem zrobić, bo za mocno słońce tam świeci, gzymsy popękały, kominek po zimie jeszcze niewyczyszczony, ''spec'' nie zabezpieczył marmurów i sadza je przeżarła, chyb już się z tym nic nie da zrobić. I jeszcze rodzice. Pomóc szukać im mieszkania, iść obejrzeć, tacie załadować telefon, mamie jakieś rzeczy w serwisie na A. pokupować. Olga wyciąga rączkę, żeby ją gdzieś zaprowadzić, bo jeszcze nie do końca pewnie sama czuje się na nóżkach, pies chce wyjść, telefon znowu dzwoni, na Skype ktoś się dobija, woda na makaron buzuje, dzwonek do drzwi, bo kurier coś przywiózł. Życie w pojedynkę po życiu we dwójkę jest nie do ogarnięcia. Nie mam sił, nie mam możliwości. Psychicznie, fizycznie, sama już nie wiem, z czym gorzej. Jest mnie za mało.
wtorek, 13 maja 2014
Wsiąść do pociągu...
Spakować walizkę, wyjechać hen daleko, zostawić wszystko za sobą, niech się dzieje ''wola nieba''. Co prawda z tym niebem to dziwna sprawa jest, bo to przez małe ''n'' widać, choć go nie ma, a w to przez duże ''N'' nie wierzę - raczej w piekło, bo tego akurat doświadczyłam, doświadczam, więc istnieć musi.
Na biurku wciąż rosnąca sterta nieotwartej korespondencji, z którą nie mam odwagi/ siły/ czasu się zmierzyć, choć odkładanie tego na później tylko komplikuje sprawy i przysparza kłopotów. Bałagan w domu oficjalnie uznaję za Nie Do Okiełznania: zabawa w ''kto szybciej'' - ja posprzątam czy Olga porozrzuca zabawki/ ubranka / rzeczy z kuchennej szuflady (choć wcale nie znajduje się w kuchni)/ jedzenie / cokolwiek przestaje być zabawna, gdy ciągle się przegrywa. Sterta prania - tego czystego i nie tylko - zalała łazienkę i niebezpiecznie przymierza się do jej opuszczenia. W kuchni sajgon. Do sypialni niedługo nie będzie się dało dotrzeć. Przez pomazane okna przestaje przebijać się słońce. Można by powiedzieć, że zamiast się tu użalać mogłabym pościerać podłogi - bez obaw, północ wybiła dopiero pół godziny temu, do świtu daleko, zdążę jeszcze umyć kabinę prysznicową i sprzątnąć schody.
Firma na A., w której ubezpieczam samochód, od miesiąca nie wysłała mi dokumentów owe ubezpieczenie potwierdzających i od przeszło tygodnia ignoruje wszelkie moje próby nawiązania kontaktu; inna firma - choć również na A. - nie dość, że odmawia wypłacenia wykupionej u nich polisy, to jeszcze nie udostępnia przez siebie tylko posiadanych dokumentów, a którymi to argumentują ową odmowę, również stale ignorując próby nawiązania kontaktu. Pseudouczelnia, na której ''studiuję'' - cudzysłów stosuję bynajmniej nie przez brak odpowiedniej postawy z mojej strony, a nie chcąc urazić osób, które miały lub mają szczęście naprawdę Studiować - po pierwsze uhonorowała mój powrót z urlopu dziekańskiego jedenastoma przedmiotami różnic programowych (o których dowiedziałam się otrzymawszy informację o zaległej płatności za te przedmioty) do zaliczenia w połowie czerwca razem z czternastoma przedmiotami z obecnego semestru, po drugie zażyczyła sobie uzupełnienia dokumentacji stypendialnej, choć w dniu składania dokumentów przyjęto je jako kompletne; termin dostarczenia dokumentów - piątek, 15.05, czas oczekiwania na odpowiednie dokumenty z ulubionych przez Polaków urzędów i instytucji - minimum 7 dni. I jeszcze pies wyżarł dziś z pieluchowego kosza zużyte pampersy. Oprócz tego standardowo - jak jednego dnia jest trochę lepiej, to następnego lub w następnych gorzej, z zachowaniem reguły, że im lepiej - tym gorzej, więc najbardziej optymalna opcja to stan umiarkowanej beznadziejności. Zawsze to jakaś stabilizacja. Z dobrych stron życia: Olga zaczęła chodzić, a na śniadanie były naleśniki.
Uciec, uciec jak najdalej, nie myśleć, nie wiedzieć, nie musieć wrócić. Tak bym chciała...
piątek, 2 maja 2014
Majówka.
Nie obchodzę urodzin. Chciałabym nie obchodzić świąt, ale nie mam prawa pozbawiać ich Olgi, więc wstrzymuję oddech i staram się przez każde kolejne jakoś przebrnąć. Na dodatek są jeszcze te kłopotliwe długie weekendy, jak ten teraz. Już dwa wolne dni w tygodniu to wyzwanie: jak je spędzić, by nie w domu; gdzie jechać, z kim, do kogo, jak. Byle nie zostać w domu, nie myśleć. Majówka. Plany wyjazdowe się nie powiodły, więc mama zaalarmowana moim kolejnym spadkiem nastroju (a wydawałoby się, że przecież stale utrzymuje się dość blisko ziemi) zorganizowała mi niańki. Trzydziestka na karku, a ciocia z wujkiem przyjechali mnie doglądać. Wersja oficjalna - stęsknili się z Olgą, ale do tej pory nie był to wystarczający powód, by przemierzyć te dzielące nas 550km polskimi drogami, które mimo, że coraz lepsze, to jeszcze długo nie będą umożliwiać odpowiednio szybkich podróży. Cieszę się, że przyjechali, nie widzieliśmy się... od wtedy, są mi bardzo bliscy, a i te nieznośne wolne dni mijają w możliwie znośny sposób. I tylko noce, tak trudne do przebrnięcia, wciąż na mnie czyhają, choć w sumie one akurat nie różnią się od tych tak wielu innych z ostatnich miesięcy. Może tym, że po mniej męczącym dniu sen, który dopada mnie dopiero na skraju wyczerpania, przychodzi z jeszcze większym trudem. Tęsknie za Tobą. Majówka. Spędzona w Pradze, na zwiedzaniu nieco dalszej okolicy czy na kocu przed domem... cudowna, byle z Tobą. Jak często to sobie mówiliśmy? Może zbyt często, bo teraz prześladuje mnie na każdym kroku. Wszystko cieszyło, byle z Tobą, teraz nie cieszy nic. Są uśmiechy i śmiech i radość nawet, a im większa, tym większy potem dopada smutek i żal. I rozpacz. I to dziwne kołatanie serca, które czasem aż zapiera dech. Zdałam sobie sprawę, że zaczynam odbudowywać wokół siebie mur, za który lata temu z taką łatwością się przedostałeś. Mur, dzięki któremu nikt miał mnie nie skrzywdzić i który przestał być potrzebny, bo przy Tobie byłam taka bezpieczna. Powstaje na nowo. Większy, solidniejszy. Nie wiem tylko, czy bardziej ma chronić przed tym, co na zewnątrz czy wewnątrz. Ani czy gdy już zostanie ukończony, ktokolwiek mnie zza niego rozpozna. I coraz częściej myślę, że nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia.
wtorek, 29 kwietnia 2014
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Trzy kropki.
I znów długo mnie tu nie było. Tyle rzeczy się wydarzyło - spotkań, wyjazdów, odwiedzin - a ja znów przychodzę tu w momencie, gdy moje samopoczucie plącze się gdzieś pod nogami i co chwilę krzywi się przydeptywane przeze mnie samą. Olga po 13 miesiącach ''leniuchowania'' postawiła pierwsze samodzielne kroczki. Małpkuje wszystko co się przy niej robi - chce pielić w ogródku, próbuje odkurzać, gdy tylko może wynosi swoje ubranka do prania - niekoniecznie muszą być brudne. Pomyślałam, że trzeba pokazać jej młotek i śrubokręt, żeby nie wyrastała myśląc, że w domu to tylko mop i odkurzacz. Będę musiała więc wygrzebać Jego narzędzia... i znów wszystko nie tak.
Wielkanoc spędziliśmy w dość dużym - bo niemal dwudziestoosobowym - gronie w górskim pensjonacie na końcu świata. Było wesoło i rodzinnie, świeciło słońce i śpiewały ptaki i tylko noce były nieznośnie długie, nieprzespane, przepłakane. Jego ulubieni kuzyni w miejscu, które by Go zachwyciło... i bezkresne łąki i pola dookoła i cisza, przed którą ciężko było uciec. Samotność. Od powrotu stamtąd nie umiem dojść ze sobą do ładu, Olga śpi jeszcze gorzej, choć wydawało się to niemożliwe. Dziś w nocy spała albo na mnie albo się mnie trzymając. Czegoś się boi, ale czego? Czy to moje lęki tak na nią wpływają? Podobno nocą dziecko najbardziej chłonie stres z otoczenia, ale co począć?
Plany wyprowadzki rozmyły się razem ze wszystkimi mieszkaniami na sprzedaż, jakie interesowały moich rodziców i jakie po miesiącach zastoju zostały wykupione w ciągu dwóch tygodni.
Minęło niemal 6 miesięcy, a ja stoję w miejscu. Wczoraj z przerażeniem stwierdziłam, że to ''już'' tyle. Jakby minął miesiąc. Albo jeszcze mniej. 6 miesięcy to masa czasu na wszystko, u mnie minęły jak jeden dzień. Nie zrobiłam nic. Olga urosła i to tyle. Nadal nie wiem co ze sobą zrobić. Wszystko mnie przeraża. Pustka, pustka w głowie, pustka wokół. I wciąż brak mi odwagi na podjęcie najprostszych decyzji. Tkwię w miejscu, zła jestem za to na siebie, a nie robię nic, by to zmienić. Boję się. Nie wiem jak. Kolejny weekend zajęć na uczelni - najpierw droga znienawidzoną trasą, której nie potrafię przebyć zachowując spokój, potem kilka godzin zajęć pozbawionych jakiejkolwiek sensownej treści, ale za to z listą obecności, na którą trzeba się wpisać. Są też bardzo fajne zajęcia, na których chciałabym być, ale nie mogę pozwolić sobie na zostawianie Olgi od 8 do 19 przez cały weekend, więc stojąc przed wyborem miedzy wartościowymi, interesującymi zajęciami a tymi z listą obecności wybór jest jasny, choć absurdalny. Wszystko mnie irytuje. I nie chce mi się starać być miłą. Kiedyś było to naturalne, teraz zaczyna wymagać wysiłku. Dzięki Niemu byłam lepszą osobą, to wiedziałam od zawsze, teraz może po prostu już mi się nie chce? Sama nie wiem. Nic nie jest już takie samo.
A co to są te tytułowe trzy kropki? Kiedyś, bardzo dawno temu, w zupełnie innym życiu, kiedy Nasza znajomość dopiero się rozpoczynała, ale już zdawaliśmy sobie sprawę, że być może za bardzo - ze względu na dzielącą nas odległość i ''brak możliwości'', by było z tego coś więcej - nas do siebie ciągnie, postanowiliśmy nie utrzymywać żadnego kontaktu przez trzy dni. Nie minął nawet jeden, a napisałam mu, że muszę usłyszeć od niego cokolwiek, niech chociaż napisze mi trzy kropki. Ta wiadomość do niego nie dotarła, ale nie więcej jak godzinę później on z kolei napisał, że nie muszę odpowiadać, ale według niego bez sensu to milczenie. Podróż w przeszłość. Trzy kropki. Nigdy bym nie pomyślała, że 10 lat później znów chciałabym dostać chociaż tyle...
czwartek, 10 kwietnia 2014
A nocą...
Nie daję rady. Wspomnienia duszą, wyrzuty sumienia, żal i tęsknota dopadają na każdym kroku. Usypiam Olgę, patrzę pustym wzrokiem w pusty punkt przed sobą i myślę, że nie mam sił. Nie ma minuty odpoczynku. W dzień nie ma na niego czasu, po nocach nie umiem spać... Olga wciąż jest niespokojna. Najgorzej nocami, chociaż i w ciągu dnia zdarza jej się w trakcie drzemki budzić kilkakrotnie i sprawdzać, czy nie jest sama. Nigdy nie jest, nigdy nie była, ale te tygodnie, podczas których dzieliłam jak tylko mogłam czas pomiędzy dwie najukochańsze osoby i podczas których któreś z nich zawsze zostawało jednak samo, mimo wszelkich starań mocno się na niej odbiły. Nie udało mi się uchronić żadnego z nich... Pomyśleć, że noce były kiedyś od spania. Albo od rozmów. I marzeń. Snucia szalonych planów. Bycia razem... po prostu. Dziś, w najlepszym przypadku, są od nadrabiania zaległych spraw, na które nie starczyło czasu za dnia: przygotować coś na studia, opłacić rachunki, ugotować, nastawić pralkę, poprasować, posprzątać... niekończąca się historia. Bywa, że są od tego, by leżeć bez ruchu i spadać w otchłań. Od tego, by się bać lub przepłakać kolejne godziny. By przeżywać koszmar, czasem senny, czasem na jawie. Lub by chwilami śnić coś miłego, co po przebudzeniu staje się katorgą. Tak bardzo chciałabym mu o tym wszystkim opowiedzieć. Nie zdjęciu w ramce, nie pustce wokół mnie. Jemu. Temu, który zawsze słuchał, wiedział, znał. Przytulił gdy trzeba było wesprzeć, mobilizująco choć z troską zbeształ, gdy sama byłam sobie czemuś winna. Był. Był zawsze. I kochał tak, że żadne zło tego świata nie było mi straszne.
Nic nie jest łatwiejsze, nic się nie układa... Rzeczywistość staje się bardziej realna, namacalna, trudniej przed nią uciec, zaprzeczyć. Kiedyś będę musiała przyznać, że już nie będzie inaczej, lepiej, że On nie pojawi się w drzwiach, ani tych, ani innych, nigdy... Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Teraz wciąż i wciąż wyobrażam sobie sceny, które nigdy nie nastąpią, rozmowy, które się nie odbędą, słowa, które nie zostaną wypowiedziane... a przecież słyszę je tak dobrze. Jego głos. I widzę ten uśmiech. I rozpoznaję ten charakterystyczny sposób, w jaki wypowiadał się o czym z pasją, albo z kpiną, albo z dumą... i myślę, że to wszystko jeszcze może być, że jeszcze jest szansa... Patrzę w kalendarz, liczę... 5 miesięcy. Najdłuższe 5 miesięcy w moim życiu. 5 miesięcy życia z dnia na dzień, bez celu. Nie potrafię go znaleźć. Nie daję rady...
Subskrybuj:
Posty (Atom)