poniedziałek, 17 lutego 2014

Blue Monday

Podobno najbardziej depresyjny dzień w roku przypadł tym razem w poniedziałek 20 stycznia. Nie pamiętam, co wtedy było, pewnie standardowo już - w najlepszym przypadku - tak sobie, ale chyba jednak nie gorzej niż dziś. Bo dziś jest jeden z tych dni, w których całe zło świata zdaje się o sobie przypominać. Dziś Jego 30te urodziny. Byłyby. Rodzice chcieli mu z tej okazji sprawić pomnik. Akurat teraz. Nie będę tego komentować, bo to zbyt absurdalne i przerażające. Cały zeszły tydzień ciągle ktoś wspominał o tych urodzinach. A ja się pytam: jakich urodzinach? Nie ma ich i już nigdy nie będzie, tak jak Jego, a robi się przez to tylko jeszcze trudniej. Boję się nawet spojrzeć na Jego konto na nieszczęsnym Facebooku, bo kto wie, czy ktoś się tam nie zagalopował z życzeniami? Wielce prawdopodobne. Najbardziej depresyjny dzień w roku... nie wiem, który będzie ''naj'', ale 2014, tak jak końcówka 2013, będzie w nie obfitował. Nie ma co się łudzić. W sobotę zorganizowałam rodzinne spotkanie kuzynostwa, Jego kuzynostwa - niemal 30 osób - tak jak to zrobiliśmy w zeszłym roku i co miało być początkiem nowej tradycji. To jedna z tych niewielu rzeczy, które robiliśmy razem i które mam siłę i chęć kontynuować sama. Najpierw wyścigi na gokartach, później przesiadywanie u nas do późnych godzin nocnych. U nas... tak, chcę myśleć, że to nadal u nas. Mimo kilku trudnych chwil i smutków, które czasem dopadały nas ze wzmożoną siłą, było bardzo fajnie. Chyba na tyle, na ile tylko mogło być w tej koszmarnej sytuacji. Następnego dnia z niewiadomych przyczyn - i chyba jako jedyną - dopadło mnie zatrucie pokarmowe, które przekreśliło wszelkie niedzielne plany. Olga jak zwykle w takich sytuacjach zachowywała się jakby miała 10 lat, a nie 10 miesięcy (no, z przymrużeniem oka oczywiście) i mogłam sobie ''spokojnie'' chorować, a ona większą część czasu buszowała obok w zabawkach. I nie piszę o tym, żeby pochwalić się żołądkowymi problemami, a po to, żeby powiedzieć, że mimo iż wczoraj czułam się jak wrak, praktycznie nic nie jadłam, wszystko mnie bolało i jeszcze parę innych, mniej przyjemnych objawów, to i tak było lepiej, niż jest dziś. Bo dziś lutowy Blue Monday, a dzień dopiero się zaczął.

piątek, 14 lutego 2014

Święto kiczu.

Naprawdę miałam tego nie pisać, naprawdę nie skojarzyłabym, że dziś najbardziej kiczowaty dzień w roku, naprawdę chciałam sobie tego zaoszczędzić. Ale oto niczego nieświadoma zmierzam nabyć porcję mrożonego szpinaku do tarty, a przed drzwiami jednego ze sklepów pewnej sieci na B. zaczepia mnie pan o rysach i kolorze twarzy wskazującej na spożywanie nadmiernej ilości herbaty z whisky (choć to raczej nie whisky i za pewne bez herbaty) z prośbą o coś do jedzenia w ten walentynkowy dzień. Klnę w duchu na czym świat stoi, bo tak bardzo bym chciała żeby w niektóre dni nikt nic ode mnie nie chciał, nie zauważał, najlepiej nic nie mówił, ale wychodząc z kartonikiem zakupów daję panu, którego chyba życie nieco przerosło, paczkę kiełbasy, na co on z kolei, z całą swą wdzięcznością - prawdziwą lub nie - składa mi walentynkowe życzenia. Nie wiem czy śmiać się czy płakać, a tak naprawdę czuję, że to chyba jednak mnie życie przerosło i czmycham stamtąd jak najprędzej. I przypominam sobie swój wpis sprzed roku, o tym jak kpimy sobie z Walentynek, z ich kiczowatości, komercyjności, z wszędobylskich serduszek... i o kolacji niespodziance jaką zaplanowałam i kwiatach od Niego, i o tym, że nie wiem co to Walentynki, ale wiem co to kochać całym sercem i że każdy dzień jest dobry, by spędzić takie wieczór we dwoje. Myślę o tym i chcę zniknąć, rozpadam się choć już tak dobrze mi dziś szło... i nie wiem ile dni trzeba przepłakać, żeby w końcu zabrakło łez ani czy przyjdzie kiedyś taki dzień, że będzie choć odrobinkę lepiej. Mieć kogoś, kto patrzy na świat w ten sam sposób, z tego samego się śmieje, z tego samego żartuje, to samo darzy szacunkiem, na tym samym mu zależy... mieć bratnią duszę i nagle ją stracić, a razem z nią część siebie. Część tak dużą, że pozostała nie potrafi utrzymać równowagi. Trzy miesiące balansowania, trzy miesiące życia w świecie, którego nie znam, w mieście, do którego przyjechałam dla Niego, wśród ludzi, do których On mnie sprowadził, w domu, który bez Niego jest zupełnie obcy. Wieczorem, gdy zasypialiśmy przytuleni, szeptałam Mu czasem ''moje miejsce jest tam gdzie Ty, przy Tobie jest mój dom''. Razem z Nim straciłam swoje miejsce na ziemi, zgubiłam siebie. I nie umiem się w tej beznadziejności odnaleźć.

niedziela, 9 lutego 2014

Wieczorem w mieście tym...

W Twoim mieście, w nie naszej knajpie, z moimi przyjaciółkami - zapach tęsknoty za Tobą tylko delikatnie unosił się w powietrzu. Nie było Cię na błękitnym niebie, w wiosennym parku w środku zimy, ani w tym pubie, do którego nigdy nie poszliśmy. Przyszły chwile zapomnienia, nagłe wybuchy śmiechu - mimowolne, niespodziewane, niemal już obce. A po nich wyrzuty sumienia, żal, tęsknota za tym co było, za tym czego nie będzie. I ta pustka w środku, która pozbawia mnie tchu. Cudowne wspomnienia bezlitośnie przeplatające się z okrutną rzeczywistością. Wspomnienia tak rzeczywiste, wyraźne, że niemal mogę Cię w nich dotknąć; wyciągam rękę i czuję pod palcami Twoją skórę, przesuwam nimi po nosie, brwiach, policzku. Rozmywasz się i znów widzę tylko talerz, na którym bezmyślnie przesuwam resztki jedzenia. Prawie pusty talerz w niemal pustym świecie. Tęsknię za Tobą. Tak po prostu. Czy kiedyś do mnie wrócisz? Wróć, proszę.

czwartek, 23 stycznia 2014

Przepraszam, czy tu biją?

Wróciły. Po kilku latach przerwy pojawiły się znów, potem jeszcze jeden raz, a dziś kolejny. Czy to przemęczenie, czy stres, czy może lęki próbują tak się wydostać, czy też jeszcze inna przyczyna - nie wiem, ale trzy razy w ciągu niespełna dwóch tygodni to o wiele za dużo. Całe moje ciało zamiera na myśl o tym, ale czeka mnie wizyta u neurologa. Ze wszystkich medycznych specjalizacji na świecie akurat ta - tak, życie nie przegapia ani jednej okazji, żeby mi dokopać. Podobno leżącego się nie bije. Czyżbym znów za bardzo podniosła głowę? Musiałabym chyba poszukać w innym województwie, żeby iść do kogoś, kto nie przyglądał się Jego przypadkowi, więc równie dobrze może być i lekarz, który ma gabinet w naszym mieście. Zaledwie parę miesięcy minęło, odkąd On był u niego. Wtedy jeszcze sprawy miały się ku lepszemu... Czy będzie wiedział? A czy ktoś nie wie...? Czy zapyta? Co powie o moich dziwacznych zaburzniach widzenia? Myślę o tym, jak tygodniami wszyscy po kolei bezradnie rozkładali ręce nad Jego przypadkiem i ściska mnie w gardle. Uparcie odbierali każdą nadzieję, nawet wtedy, gdy jeszcze były ku niej mocne podstawy. Chociaż przecież miałam ją do ostatniej chwili... a nawet później. Jemu nie pomogli, choć walczyliśmy o niego ze wszystkich sił. I on walczył. Jak mogę im zaufać...?

sobota, 18 stycznia 2014

Nic.

Nie chce mi się. Tak po prostu. Stąd i to ponad miesięczne milczenie. Nic mi się nie chce, nawet pisać o tym. Były święta, których nie było, był Sylwester, który przespałam (paradoksalnie jedna z niewielu przespanych - na tyle, na ile Olga pozwoliła - nocy), był prawie dwutygodniowy pobyt młodszego brata. Były urodziny, których nie obchodziłam, a zaraz potem dwa miesiące, odkąd On postanowił do mnie nie wracać. Były wycieczki i spotkania. I nieprzespane noce w ucieczce przed koszmarami, które koszmarami okazywały się tak naprawdę dopiero po przebudzeniu. Było wiele, a tak naprawdę jakby nie było nic, bo każdy dzień gorszy i bardziej pusty jest od poprzedniego. Czy tak już będzie zawsze, w nieskończoność? Chociaż przecież ''zawsze'' ani ''nigdy'' nie istnieją. On obiecywał zawsze mnie kochać, nigdy nie zostawić, a ja miałam nigdy przez Niego nie płakać. Kłamał? W głowie coraz większy zamęt, myśli coraz mniej poukładane, w sercu dziura, a w duszy przeogromna pustka. Nie łudziłam się, nie oczekiwałam, że będzie lepiej, ale wydawało się niemożliwym, żeby było gorzej. A chyba jest... Olga źle śpi, ja nie śpię już prawie wcale. Może dziś spróbuję, chociaż w nocy mogę przynajmniej coś posprzątać, ugotować obiad... inaczej nie ma czasu, a i tak wiecznie wszystko do góry nogami. Robię rzeczy automatycznie, nie myślę, bo gdy dopuszczam do siebie jakiekolwiek myśli - a one zawsze idą w jednym tylko kierunku - to przestaję funkcjonować. A przy tym każda czynność wydaje się tak całkowicie pozbawiona sensu. Byłam u psychologa, ale nie znalazłam odpowiedzi na żadne z dręczących mnie pytań, o jakiejkolwiek uldze nawet nie mówię. Co więc począć? Codziennie, co chwilę spoglądam na zegarek i liczę godziny do końca dnia. Skupiam się na Oldze, daję jej z siebie ile tylko się da, chcę, żeby była szcześliwa, a jednocześnie myślę, żeby ten dzień się już skończył, i kolejny, i kolejny... żeby minęły jak najszybciej. A one ciągną się coraz bardziej... Dwa miesiące bez niego. Ile lat zostało? 20, 30 zanim Olga się usamodzieli. Przez tyle muszę być i się starać. Szmat czasu. Perspektywa przyszłości mnie przeraża. Kiedyś bałam się starości, tego, że przyjdzie taki moment, kiedy prawie całe życie będzie za mną i że moze czegoś nie zdąrzę zrobić, czegoś będę żałować. Dziś przerażają mnie lata, które są przede mną. Konieczność przeżycia ich bez Niego. I brak marzeń. Mam cele do zrealizowania, jakiś plan do wykonania, ale zdałam sobie ostatnio sprawę, że nie mam marzeń. Są tylko rzeczy, które muszę lub powinnam. I mam przy tym wszystkim wyrzuty sumienia, bo przecież jest Olga, przecudowna istotka, dla której jestem całym światem, której winna jestem świat wypełniony miłością, szczęściem i której samo istnienie powinno napełniać chęcią życia. I tak też jest, a jednak nie potrafię wyzbyć się myśli, że wszystko straciło sens... Cóż mogę rzecz, ''nie ogarniam tego pieprzonego świata''.

środa, 11 grudnia 2013

Zin.

Gdy się poznaliśmy, a przypadło to na ostatni rok liceum, był zmierzającym do podboju świata chłopakiem z tą charakterystyczną dla pasjonatów iskrą w oku, spokojnym, choć realizującym najdziwniejsze pomysły wraz z kolegami z plastyka, podkochującym się w koleżance ze szkoły, u której pewnie nie widział dla siebie większych szans, a także - co już dla nastolatka nie tak typowe - redaktorem naczelnym pewnego zina, czyli  internetowego magazynu o grach komputerowych. Rozdzielał teksty, poganiał, nadzorował, rozwijał, zajmował się składem, grafiką (a któż by inny). Był też jego pomysłodawcą i założycielem, a wszystko miało swój początek w pasji do gier komputerowych, młodzieńczym marzeniu i nieprzemijającej chęci zdobycia świata. Nie dla sławy, nie dla pieniędzy, a dla samego tworzenia czegoś wielkiego. Bo On od zawsze miał jakiś plan, cel, do którego dążył, w wysiłkach ku osiągnięciu którego nie ustawał, aż do jego realizacji. Trzy.. tak, chyba trzy lata szaleńczej pracy z coraz to większą i silniejszą grupką zapaleńców - wszystko oczywiście na zasadach non-profit, co mniej więcej oznaczało tyle, że poświęcali czas, nerwy i zarywali noce dla przyjemności tworzenia. I dla pasji, samorealizacji, dla nowych wyzwań. I dzielenia się tym z innymi, a grupa odbiorców, czytelników, była z każdym numerem coraz liczniejsza. Miałam zaszczyt być jednym z nich, chociaż wolałam swoją drugą rolę. Zdecydowanie. Za pomocą literek w migających okienkach, mimo 2500 dzielących nas kilometrów, towarzyszyłam Mu podczas niejednej nocy, gdy kończył składać kolejny, znowu z opóźnieniem wychodzący numer. Rozmawialiśmy. O wszystkim, o niczym, powoli otwieraliśmy przed sobą swoje światy oczarowani tym, co poznawaliśmy i wciąż nienasyceni, ciekawi tego, co pozostawało do odkrycia.
Dążenie do perfekcji, poszukiwanie, doskonalenie starych i rozwijanie nowych umiejętności - to były Jego cele. Po pasji do gier pozostało miłe wspomnienie, ona sama ulotniła się gdzieś, a może po prostu ustąpiła miejsca nieustannie rosnącej potrzebie tworzenia, kreowania, projektowania? Zawarte w redakcji zina znajomości przetrwały lata, niektóre przeistoczyły się w prawdziwie przyjaźnie. Pod różnymi pseudonimami okazali się kryć ludzie, którzy zagościli w Jego, a potem naszym życiu na dobre.
Pamiętam, jak w ostatnim, #35 numerze zina jaki się ukazał, rozliczał się z przeszłością. Pisał, ile zrobili, ile osiągnęli, jak ten magazyn wpłyną na Jego życie, o ludziach, których poznał. Napisał i o mnie... ''poznałem też dzięki niemu kobietę, bez której żyć teraz nie mogę''. Krótkie, zwięzłe, najpiękniejsze. Czyż nie? I takie prawdziwe. A mi, choć wiedziałam przecież o tym najlepiej na świecie, serce wywracało się z radości. Bo byliśmy dla siebie powietrzem, słońcem i deszczem, ostoją, sensem, celem, spełnieniem, domem. Dawaliśmy sobie poczucie bezpieczeństwa (z perspektywy czasu - jakże okrutnie złudne), spokoju, stabilności.  ''Bez której żyć teraz nie mogę...'' Ja tak nigdy nie napisałam, nie publicznie, choć jemu szeptałam nie raz, a on wiedział... Dlaczego więc mnie wystawiłeś na taką próbę? Dlaczego każesz mierzyć się z kolejnym dniem bez Ciebie? Jak teraz mam wziąć kolejny oddech, gdzie uchronić się przed smutkiem, w czyje ramiona wtulić... bez Ciebie? Komu powiedzieć jak bardzo mi źle? Kto zrozumie, skoro to Ty czytałeś mi w myślach? I w oczach. I grymasie twarzy. I milczeniu.
Mówi się czasem o jakiejś kobiecie, że złapała faceta na dziecko. Tym razem, absurdalnie, to chyba ja zostałam złapana. Bo są chwilę gdy myślę, że nie dam rady, że już nie mogę, chcę się zapaść, zniknąć, przestać być... a potem patrzę na nią, jak śpi spokojnie obok i myślę, że muszę być nieśmiertelna, albo przynajmniej niezniszczalna. Mój świat legł w gruzach, ale jest jeszcze jeden, malutki, dopiero kształtujący się świat, który choć nie będzie taki jaki miał być, w którym niemal od samego początku brakuje jednego z dwóch najważniejszych elementów i choć luka pozostanie na zawsze, to muszę dołożyć wszelkich starań, aby był to świat jak najszczęśliwszy. Przede wszystkim nie może w nim zabraknąć mnie, bo inaczej straci wszelkie fundamenty. Bo oto ja-kobieta, przyjaciółka, partnerka, kochanka nie umiem wyjść z szarości, a jednocześnie ja-mama muszę wypełnić ten mały wielki świat kolorami, uśmiechem, radością, marzeniami. I słowo daję, staram się ze wszystkich sił. Tylko czasem, gdy Olga nie patrzy lub śpi, myślę o tym, że to wszystko go omija, każdy dzień, każda nowa rzecz, jakiej się uczy, każda nowa minka i gest, o których chcę mu powiedzieć jak tylko wróci do domu... jak tylko.
Kiedyś Olga zapyta, kiedyś jej opowiem, kiedyś wypłaczemy razem ostatnią łzę... ale dziś ocieram je ukradkiem i zbierając resztki sił na jeszcze jeden uśmiech,pokazuję ptaszki, które przyleciały do karmika, na co Olga reaguje entuzjastycznie uderzając rączką w szybę. I śmieje się. A więc zostało na tym świecie jeszcze trochę radości...

piątek, 6 grudnia 2013

39 i pół.

A dokładniej to 39,7. Tyle termometr pokazał o drugiej nad ranem kilka nocy temu. Doczłapałam się jakoś do kuchni łapiąc za wszystkie syropy jakie pediatra wcześniej zapisała Oldze. Skoro jej mogłam je podawać, to sobie tym bardziej. Chciałam kupić coś na przeziębienie w aptece, ale jako kobiecie karmiącej polecono mi herbatki z samych naturalnych składników. Podczas gdy ja popijałam herbatki, przeziębienie urosło do rozmiarów całkiem niemałej infekcji, z temperaturą, uporczywym kaszlem wszelkich rodzai, gigantycznym i wstrętnym katarem, a także bólami głowy uniemożliwiającymi normalne funkcjonowanie. Normalne w możliwym obecnie zakresie, ale jednak. Chwilę było lepiej, potem znowu gorzej. Na szczęście dziś pediatra znowu nas podratowała, nie tylko cieknący nosek Olgi, ale również moje wyprane z sił ciało. A przynajmniej bardzo na to liczę. Poleciła dozwolony antybiotyk, środki przeciwbólowe (choć tych unikam jak ognia) i kilka innych specyfików, które mam nadzieję zaczną zaraz działać cuda, bo czuję, że moje ciało uparło się na pobicie rekordu swojej ciepłoty sprzed kilku dni. Zobaczymy. Przed wpakowaniem się pod kołdrę łyknęłam sobie jeszcze na dobranoc trochę truskawkowego paracetamolu w syropie. Wiem, ile miałam go podać Oldze, nie mam pojęcia, ile sama mogłam wziąć. Jest prospekt, w pokoju obok, ale tak bardzo mi się nie chciało... co za różnica, łyknęłam ile łyknęłam, może pomoże. W tym samym momencie ręka z buteleczką syropu zawisła mi w powietrzu... On nigdy nie czytał ulotek. Pamiętam jak kupił krople do oczu, które ledwo po przekroczeniu progu apteki zaczął sobie aplikować. ''A ulotkę przeczytałeś?! - A po co? - No żeby wiedzieć ile, jak często, czy przed jedzeniem, czy po!'' Śmiał się. Może było z czego, ale innego razu lekarz zapisał mu na kartce sposób dawkowania kilku lekarstw, a on źle je odczytał, coś tam sobie dopowiedział i wszystko wziął na opak... Taki On. Mój cudowny. Wtedy to rozczulało, ale może powinno raczej zaalarmować? Czy miało to jakiś związek z tym wszystkim, co później się stało? Skoro wpływ miała każda większa zmiana diety, zażywane lekarstwa...? Po głowie krąży mi coraz więcej pytań, na które nie chcę znać odpowiedzi. Boję się jej. A co jeżeli wystarczyło zmienić parę prostych rzeczy? Przed kilkoma się ustrzec? Może nie miałoby to żadnego znaczenia, ale co jeśli... a co gdyby...?
Zaczynam kreślić plany wyprowadzki. Śpię w łóżku, czasem odważę się zgasić światło w pokoju obok, nie uciekam z łazienki na widok szczoteczki, choć staram się jej tam nie zauważać... zaczęłam nawet zaprowadzać porządki, coś, z czym zawsze mieliśmy wielki problem. Małymi kroczkami, bo z Olgą, która potrzebuje czyjejś ciągłej obecności tuż obok na wiele więcej pozwolić sobie nie mogę. A to umyję okno, a to wyczyszczę dywan... Trzy tygodnie temu zwijałam się w kłębek w dowolnym miejscu mieszkania i bałam się tego co jest dookoła. To chyba jakiś krok naprzód, ale jest to raczej próba uporządkowania spraw - na pakowanie nie jestem gotowa, ale mogę spróbować przygotować sobie pod to grunt. Zrobić porządek w papierach. Sprzątnąć stertę ''niewiadomoczego'' na biurku, którą On ciągle wytykał mi palcem. Nie umiem zbudować tu nic nowego, nie umiem kontynuować tego co zaczęliśmy, ale mogę uprzątnąć co się da, wyrzucić co nie potrzebne, by potem nie stanowiło problemu, zrobić to, na co nigdy nie starczało czasu albo ochoty. Bo przecież można kiedyś, później, nie teraz... lepiej usiąść razem, przytulić się, coś obejrzeć, gdzieś wyjść... Lepiej... było. Teraz został mi tylko bałagan na biurku do sprzątnięcia.