piątek, 14 lutego 2014

Święto kiczu.

Naprawdę miałam tego nie pisać, naprawdę nie skojarzyłabym, że dziś najbardziej kiczowaty dzień w roku, naprawdę chciałam sobie tego zaoszczędzić. Ale oto niczego nieświadoma zmierzam nabyć porcję mrożonego szpinaku do tarty, a przed drzwiami jednego ze sklepów pewnej sieci na B. zaczepia mnie pan o rysach i kolorze twarzy wskazującej na spożywanie nadmiernej ilości herbaty z whisky (choć to raczej nie whisky i za pewne bez herbaty) z prośbą o coś do jedzenia w ten walentynkowy dzień. Klnę w duchu na czym świat stoi, bo tak bardzo bym chciała żeby w niektóre dni nikt nic ode mnie nie chciał, nie zauważał, najlepiej nic nie mówił, ale wychodząc z kartonikiem zakupów daję panu, którego chyba życie nieco przerosło, paczkę kiełbasy, na co on z kolei, z całą swą wdzięcznością - prawdziwą lub nie - składa mi walentynkowe życzenia. Nie wiem czy śmiać się czy płakać, a tak naprawdę czuję, że to chyba jednak mnie życie przerosło i czmycham stamtąd jak najprędzej. I przypominam sobie swój wpis sprzed roku, o tym jak kpimy sobie z Walentynek, z ich kiczowatości, komercyjności, z wszędobylskich serduszek... i o kolacji niespodziance jaką zaplanowałam i kwiatach od Niego, i o tym, że nie wiem co to Walentynki, ale wiem co to kochać całym sercem i że każdy dzień jest dobry, by spędzić takie wieczór we dwoje. Myślę o tym i chcę zniknąć, rozpadam się choć już tak dobrze mi dziś szło... i nie wiem ile dni trzeba przepłakać, żeby w końcu zabrakło łez ani czy przyjdzie kiedyś taki dzień, że będzie choć odrobinkę lepiej. Mieć kogoś, kto patrzy na świat w ten sam sposób, z tego samego się śmieje, z tego samego żartuje, to samo darzy szacunkiem, na tym samym mu zależy... mieć bratnią duszę i nagle ją stracić, a razem z nią część siebie. Część tak dużą, że pozostała nie potrafi utrzymać równowagi. Trzy miesiące balansowania, trzy miesiące życia w świecie, którego nie znam, w mieście, do którego przyjechałam dla Niego, wśród ludzi, do których On mnie sprowadził, w domu, który bez Niego jest zupełnie obcy. Wieczorem, gdy zasypialiśmy przytuleni, szeptałam Mu czasem ''moje miejsce jest tam gdzie Ty, przy Tobie jest mój dom''. Razem z Nim straciłam swoje miejsce na ziemi, zgubiłam siebie. I nie umiem się w tej beznadziejności odnaleźć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz