Gdy się poznaliśmy, a przypadło to na ostatni rok liceum, był
zmierzającym do podboju świata chłopakiem z tą charakterystyczną
dla pasjonatów iskrą w oku, spokojnym, choć realizującym
najdziwniejsze pomysły wraz z kolegami z plastyka, podkochującym
się w koleżance ze szkoły, u której pewnie nie widział dla
siebie większych szans, a także - co już dla nastolatka nie tak
typowe - redaktorem naczelnym pewnego zina, czyli internetowego
magazynu o grach komputerowych. Rozdzielał teksty, poganiał,
nadzorował, rozwijał, zajmował się składem, grafiką (a któż
by inny). Był też jego pomysłodawcą i założycielem, a wszystko
miało swój początek w pasji do gier komputerowych, młodzieńczym
marzeniu i nieprzemijającej chęci zdobycia świata. Nie dla sławy,
nie dla pieniędzy, a dla samego tworzenia czegoś wielkiego. Bo On
od zawsze miał jakiś plan, cel, do którego dążył, w wysiłkach
ku osiągnięciu którego nie ustawał, aż do jego realizacji.
Trzy.. tak, chyba trzy lata szaleńczej pracy z coraz to większą i
silniejszą grupką zapaleńców - wszystko oczywiście na zasadach
non-profit, co mniej więcej oznaczało tyle, że poświęcali czas,
nerwy i zarywali noce dla przyjemności tworzenia. I dla pasji,
samorealizacji, dla nowych wyzwań. I dzielenia się tym z innymi, a
grupa odbiorców, czytelników, była z każdym numerem coraz
liczniejsza. Miałam zaszczyt być jednym z nich, chociaż wolałam
swoją drugą rolę. Zdecydowanie. Za pomocą literek w migających
okienkach, mimo 2500 dzielących nas kilometrów, towarzyszyłam Mu
podczas niejednej nocy, gdy kończył składać kolejny, znowu z
opóźnieniem wychodzący numer. Rozmawialiśmy. O wszystkim, o
niczym, powoli otwieraliśmy przed sobą swoje światy oczarowani
tym, co poznawaliśmy i wciąż nienasyceni, ciekawi tego, co
pozostawało do odkrycia.
Dążenie do perfekcji, poszukiwanie, doskonalenie starych i
rozwijanie nowych umiejętności - to były Jego cele. Po pasji do
gier pozostało miłe wspomnienie, ona sama ulotniła się gdzieś, a
może po prostu ustąpiła miejsca nieustannie rosnącej potrzebie
tworzenia, kreowania, projektowania? Zawarte w redakcji zina
znajomości przetrwały lata, niektóre przeistoczyły się w
prawdziwie przyjaźnie. Pod różnymi pseudonimami okazali się kryć
ludzie, którzy zagościli w Jego, a potem naszym życiu na dobre.
Pamiętam, jak w ostatnim, #35 numerze zina jaki się ukazał,
rozliczał się z przeszłością. Pisał, ile zrobili, ile
osiągnęli, jak ten magazyn wpłyną na Jego życie, o ludziach,
których poznał. Napisał i o mnie... ''poznałem też dzięki niemu
kobietę, bez której żyć teraz nie mogę''. Krótkie, zwięzłe,
najpiękniejsze. Czyż nie? I takie prawdziwe. A mi, choć wiedziałam
przecież o tym najlepiej na świecie, serce wywracało się z
radości. Bo byliśmy dla siebie powietrzem, słońcem i deszczem,
ostoją, sensem, celem, spełnieniem, domem. Dawaliśmy sobie
poczucie bezpieczeństwa (z perspektywy czasu - jakże okrutnie
złudne), spokoju, stabilności. ''Bez której żyć teraz nie
mogę...'' Ja tak nigdy nie napisałam, nie publicznie, choć jemu
szeptałam nie raz, a on wiedział... Dlaczego więc mnie wystawiłeś
na taką próbę? Dlaczego każesz mierzyć się z kolejnym dniem bez
Ciebie? Jak teraz mam wziąć kolejny oddech, gdzie uchronić się
przed smutkiem, w czyje ramiona wtulić... bez Ciebie? Komu
powiedzieć jak bardzo mi źle? Kto zrozumie, skoro to Ty czytałeś
mi w myślach? I w oczach. I grymasie twarzy. I milczeniu.
Mówi się czasem o jakiejś kobiecie, że złapała faceta na
dziecko. Tym razem, absurdalnie, to chyba ja zostałam złapana. Bo
są chwilę gdy myślę, że nie dam rady, że już nie mogę, chcę
się zapaść, zniknąć, przestać być... a potem patrzę na nią,
jak śpi spokojnie obok i myślę, że muszę być nieśmiertelna,
albo przynajmniej niezniszczalna. Mój świat legł w gruzach, ale
jest jeszcze jeden, malutki, dopiero kształtujący się świat,
który choć nie będzie taki jaki miał być, w którym niemal od
samego początku brakuje jednego z dwóch najważniejszych elementów
i choć luka pozostanie na zawsze, to muszę dołożyć wszelkich
starań, aby był to świat jak najszczęśliwszy. Przede wszystkim
nie może w nim zabraknąć mnie, bo inaczej straci wszelkie
fundamenty. Bo oto ja-kobieta, przyjaciółka, partnerka, kochanka
nie umiem wyjść z szarości, a jednocześnie ja-mama muszę
wypełnić ten mały wielki świat kolorami, uśmiechem, radością,
marzeniami. I słowo daję, staram się ze wszystkich sił. Tylko
czasem, gdy Olga nie patrzy lub śpi, myślę o tym, że to wszystko
go omija, każdy dzień, każda nowa rzecz, jakiej się uczy, każda
nowa minka i gest, o których chcę mu powiedzieć jak tylko wróci
do domu... jak tylko.
Kiedyś Olga zapyta, kiedyś jej opowiem, kiedyś wypłaczemy
razem ostatnią łzę... ale dziś ocieram je ukradkiem i zbierając
resztki sił na jeszcze jeden uśmiech,pokazuję ptaszki, które
przyleciały do karmika, na co Olga reaguje entuzjastycznie uderzając
rączką w szybę. I śmieje się. A więc zostało na tym świecie jeszcze trochę
radości...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz