środa, 11 grudnia 2013

Zin.

Gdy się poznaliśmy, a przypadło to na ostatni rok liceum, był zmierzającym do podboju świata chłopakiem z tą charakterystyczną dla pasjonatów iskrą w oku, spokojnym, choć realizującym najdziwniejsze pomysły wraz z kolegami z plastyka, podkochującym się w koleżance ze szkoły, u której pewnie nie widział dla siebie większych szans, a także - co już dla nastolatka nie tak typowe - redaktorem naczelnym pewnego zina, czyli  internetowego magazynu o grach komputerowych. Rozdzielał teksty, poganiał, nadzorował, rozwijał, zajmował się składem, grafiką (a któż by inny). Był też jego pomysłodawcą i założycielem, a wszystko miało swój początek w pasji do gier komputerowych, młodzieńczym marzeniu i nieprzemijającej chęci zdobycia świata. Nie dla sławy, nie dla pieniędzy, a dla samego tworzenia czegoś wielkiego. Bo On od zawsze miał jakiś plan, cel, do którego dążył, w wysiłkach ku osiągnięciu którego nie ustawał, aż do jego realizacji. Trzy.. tak, chyba trzy lata szaleńczej pracy z coraz to większą i silniejszą grupką zapaleńców - wszystko oczywiście na zasadach non-profit, co mniej więcej oznaczało tyle, że poświęcali czas, nerwy i zarywali noce dla przyjemności tworzenia. I dla pasji, samorealizacji, dla nowych wyzwań. I dzielenia się tym z innymi, a grupa odbiorców, czytelników, była z każdym numerem coraz liczniejsza. Miałam zaszczyt być jednym z nich, chociaż wolałam swoją drugą rolę. Zdecydowanie. Za pomocą literek w migających okienkach, mimo 2500 dzielących nas kilometrów, towarzyszyłam Mu podczas niejednej nocy, gdy kończył składać kolejny, znowu z opóźnieniem wychodzący numer. Rozmawialiśmy. O wszystkim, o niczym, powoli otwieraliśmy przed sobą swoje światy oczarowani tym, co poznawaliśmy i wciąż nienasyceni, ciekawi tego, co pozostawało do odkrycia.
Dążenie do perfekcji, poszukiwanie, doskonalenie starych i rozwijanie nowych umiejętności - to były Jego cele. Po pasji do gier pozostało miłe wspomnienie, ona sama ulotniła się gdzieś, a może po prostu ustąpiła miejsca nieustannie rosnącej potrzebie tworzenia, kreowania, projektowania? Zawarte w redakcji zina znajomości przetrwały lata, niektóre przeistoczyły się w prawdziwie przyjaźnie. Pod różnymi pseudonimami okazali się kryć ludzie, którzy zagościli w Jego, a potem naszym życiu na dobre.
Pamiętam, jak w ostatnim, #35 numerze zina jaki się ukazał, rozliczał się z przeszłością. Pisał, ile zrobili, ile osiągnęli, jak ten magazyn wpłyną na Jego życie, o ludziach, których poznał. Napisał i o mnie... ''poznałem też dzięki niemu kobietę, bez której żyć teraz nie mogę''. Krótkie, zwięzłe, najpiękniejsze. Czyż nie? I takie prawdziwe. A mi, choć wiedziałam przecież o tym najlepiej na świecie, serce wywracało się z radości. Bo byliśmy dla siebie powietrzem, słońcem i deszczem, ostoją, sensem, celem, spełnieniem, domem. Dawaliśmy sobie poczucie bezpieczeństwa (z perspektywy czasu - jakże okrutnie złudne), spokoju, stabilności.  ''Bez której żyć teraz nie mogę...'' Ja tak nigdy nie napisałam, nie publicznie, choć jemu szeptałam nie raz, a on wiedział... Dlaczego więc mnie wystawiłeś na taką próbę? Dlaczego każesz mierzyć się z kolejnym dniem bez Ciebie? Jak teraz mam wziąć kolejny oddech, gdzie uchronić się przed smutkiem, w czyje ramiona wtulić... bez Ciebie? Komu powiedzieć jak bardzo mi źle? Kto zrozumie, skoro to Ty czytałeś mi w myślach? I w oczach. I grymasie twarzy. I milczeniu.
Mówi się czasem o jakiejś kobiecie, że złapała faceta na dziecko. Tym razem, absurdalnie, to chyba ja zostałam złapana. Bo są chwilę gdy myślę, że nie dam rady, że już nie mogę, chcę się zapaść, zniknąć, przestać być... a potem patrzę na nią, jak śpi spokojnie obok i myślę, że muszę być nieśmiertelna, albo przynajmniej niezniszczalna. Mój świat legł w gruzach, ale jest jeszcze jeden, malutki, dopiero kształtujący się świat, który choć nie będzie taki jaki miał być, w którym niemal od samego początku brakuje jednego z dwóch najważniejszych elementów i choć luka pozostanie na zawsze, to muszę dołożyć wszelkich starań, aby był to świat jak najszczęśliwszy. Przede wszystkim nie może w nim zabraknąć mnie, bo inaczej straci wszelkie fundamenty. Bo oto ja-kobieta, przyjaciółka, partnerka, kochanka nie umiem wyjść z szarości, a jednocześnie ja-mama muszę wypełnić ten mały wielki świat kolorami, uśmiechem, radością, marzeniami. I słowo daję, staram się ze wszystkich sił. Tylko czasem, gdy Olga nie patrzy lub śpi, myślę o tym, że to wszystko go omija, każdy dzień, każda nowa rzecz, jakiej się uczy, każda nowa minka i gest, o których chcę mu powiedzieć jak tylko wróci do domu... jak tylko.
Kiedyś Olga zapyta, kiedyś jej opowiem, kiedyś wypłaczemy razem ostatnią łzę... ale dziś ocieram je ukradkiem i zbierając resztki sił na jeszcze jeden uśmiech,pokazuję ptaszki, które przyleciały do karmika, na co Olga reaguje entuzjastycznie uderzając rączką w szybę. I śmieje się. A więc zostało na tym świecie jeszcze trochę radości...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz