czwartek, 5 grudnia 2013

Szef kuchni poleca.

Ugotowałam obiad. Taka normalna, zwykła, przeciętna rzecz. Niezbyt warta wspominania. No bo kto, opisując wydarzenia minionego dnia, mówi, że zrobił obiad? Przecież obiad jest zawsze.
A więc... tak, a więc.. ugotowałam obiad. Taki z surówką i w ogóle. Dla jednej osoby, za to na dwa dni. Na wypadek gdyby jutro znowu mi się nie chciało. Pierwszy obiad od ponad 3 tygodni, chociaż tak naprawdę to chyba dłużej. Obiad dla jednej osoby, zjedzony samotnie przy stole. Olga spała, więc byłam tylko ja, cisza, jedno krzesło i obiad, który choć chyba powinien być smaczny, smakował jak byle co i ledwo przechodził przez gardło.
Jadłam go przy stole, który miał być zaczątkiem naszej jadalni. Było miejsce, był stół, nie było krzeseł, bo jeszcze nie kupiliśmy, ale na święta miały już być, bo w tym roku planowaliśmy zrobić je u nas. My z Olgą, Jego rodzice, moi, nasi bracia. Żeby nie trzeba było znowu zostawiać jednych, by zjeść wigilijną kolację z drugimi. Nasze pierwsze, naprawdę wspólne święta. Miał być, miały, planowaliśmy, mieliśmy... gorąco mi i niedobrze, a trzymające się mnie kurczowo od kilku dni przeziębienie i powracająca gorączka ponoszą tu chyba tylko częściową winę. Myślę o tym naszym stole, samotnym obiedzie i czuję, że głowa mi pęka a mózg się wyłącza. Znowu. Nigdy nie jadaliśmy przy tym stole, bo póki co mieliśmy tylko jedno krzesło. Tak, jedno. Nie wiem skąd się wzięło, po prostu było. Siadaliśmy sobie na kanapach i wcinaliśmy trzymając talerze w rękach. Ewentualnie stały na stoliku do kawy, ale raczej rzadko. I było dobrze. Najlepiej.
Dziś usiadłam sobie na tym jednym krześle, bo i ja jestem jedna, i zjadłam przy stole, przy którym nigdy nie jadaliśmy, obiad, który niczym nie smakował. Została porcja na jutro. Może jednak wrócę do kanapek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz