czwartek, 10 kwietnia 2014
A nocą...
Nie daję rady. Wspomnienia duszą, wyrzuty sumienia, żal i tęsknota dopadają na każdym kroku. Usypiam Olgę, patrzę pustym wzrokiem w pusty punkt przed sobą i myślę, że nie mam sił. Nie ma minuty odpoczynku. W dzień nie ma na niego czasu, po nocach nie umiem spać... Olga wciąż jest niespokojna. Najgorzej nocami, chociaż i w ciągu dnia zdarza jej się w trakcie drzemki budzić kilkakrotnie i sprawdzać, czy nie jest sama. Nigdy nie jest, nigdy nie była, ale te tygodnie, podczas których dzieliłam jak tylko mogłam czas pomiędzy dwie najukochańsze osoby i podczas których któreś z nich zawsze zostawało jednak samo, mimo wszelkich starań mocno się na niej odbiły. Nie udało mi się uchronić żadnego z nich... Pomyśleć, że noce były kiedyś od spania. Albo od rozmów. I marzeń. Snucia szalonych planów. Bycia razem... po prostu. Dziś, w najlepszym przypadku, są od nadrabiania zaległych spraw, na które nie starczyło czasu za dnia: przygotować coś na studia, opłacić rachunki, ugotować, nastawić pralkę, poprasować, posprzątać... niekończąca się historia. Bywa, że są od tego, by leżeć bez ruchu i spadać w otchłań. Od tego, by się bać lub przepłakać kolejne godziny. By przeżywać koszmar, czasem senny, czasem na jawie. Lub by chwilami śnić coś miłego, co po przebudzeniu staje się katorgą. Tak bardzo chciałabym mu o tym wszystkim opowiedzieć. Nie zdjęciu w ramce, nie pustce wokół mnie. Jemu. Temu, który zawsze słuchał, wiedział, znał. Przytulił gdy trzeba było wesprzeć, mobilizująco choć z troską zbeształ, gdy sama byłam sobie czemuś winna. Był. Był zawsze. I kochał tak, że żadne zło tego świata nie było mi straszne.
Nic nie jest łatwiejsze, nic się nie układa... Rzeczywistość staje się bardziej realna, namacalna, trudniej przed nią uciec, zaprzeczyć. Kiedyś będę musiała przyznać, że już nie będzie inaczej, lepiej, że On nie pojawi się w drzwiach, ani tych, ani innych, nigdy... Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Teraz wciąż i wciąż wyobrażam sobie sceny, które nigdy nie nastąpią, rozmowy, które się nie odbędą, słowa, które nie zostaną wypowiedziane... a przecież słyszę je tak dobrze. Jego głos. I widzę ten uśmiech. I rozpoznaję ten charakterystyczny sposób, w jaki wypowiadał się o czym z pasją, albo z kpiną, albo z dumą... i myślę, że to wszystko jeszcze może być, że jeszcze jest szansa... Patrzę w kalendarz, liczę... 5 miesięcy. Najdłuższe 5 miesięcy w moim życiu. 5 miesięcy życia z dnia na dzień, bez celu. Nie potrafię go znaleźć. Nie daję rady...
niedziela, 30 marca 2014
W sosie własnym...
Po niemal rocznej przerwie wróciłam na studia. Nie chce się wierzyć, że to aż tyle czasu. Zaczynałam studia z zapałem, teraz staram się odzyskać choć odrobinę zainteresowania nimi. Na dodatek obecność na zajęciach, choć ograniczona do minimum, wiąże się z koniecznością zostawiania Olgi pod opieką dziadków, a to nadal nie przychodzi mi łatwo. I jeszcze zjazdy są w weekendy, kiedy to powinnyśmy zwiedzać leśne lub parkowe ścieżki, karmić kaczki, zbierać stokrotki i śmigać na urodzinowym rowerku. Słysząc o powrocie na studia, B. powiedział, że by mu się już nie chciało. Czy mi się chce? Sama nie wiem... wiem za to, że tak naprawdę nie ma to większego znaczenia. Obiecałam Mu. Właściwie to powiedziałam, że jeśli wróci, to skończę nie tylko ten licencjat, ale i rozgrzebaną magisterkę ze znienawidzonej chemii, a jeśli nie, to pieprzyć to wszystko. To były nasze ostatnie dni, do świadomości zaczynała wdzierać się powaga sytuacji, choć nadal nie umiem tego przyznać. Za to już wtedy wiedziałam, że stawiam niesprawiedliwe ultimatum. On walczył ze wszystkich sił, które nieuchronnie się kończyły, a ja ciągle szukałam łatwiejszego sposobu na życie. Przez lata mnie dopingował, powtarzał ''musisz to wreszcie skończyć'', poczyniliśmy sporo wyrzeczeń i ustępstw na rzecz tych - jednych i drugich - studiów i teraz, bardziej niż kiedykolwiek, nie wolno mi tego zaprzepaścić. To jedyny powód. Nie ma już chęci, zapału, zniknęły ambicje. A każda podróż na uczelnię to powracający koszmar... przez prawie trzy miesiące przemierzałam niemal tą samą trasę, by któregoś dnia przecież wreszcie zabrać go do domu... Przepłakuję całą drogę, tam i z powrotem. Duszę się... w aucie, w domu, sama ze sobą... znów mam wrażenie, że codziennie jest gorzej. Żyję w świecie, którego nie ma, gdzieś pomiędzy wspomnieniami a iluzją, rzeczami, które nigdy się nie wydarzą, słowami, które nie zostaną wypowiedziane a przytłaczającą rzeczywistością, przed którą staram się uciec, życiem, którego już nigdy nie będzie, a szczęściem, które staram się zapewnić córeczce i które ona tak szczodrze zwraca. Olga wydaje się szczęśliwa i tylko to się liczy.
A potem widzę jak Jego rodzice obco na siebie spoglądają - dwoje ludzi, którzy spędzają razem życie tak osobno jak tylko się da. Dzwonię do swoich rodziców, których łączy już chyba tylko wspólne nazwisko. Tata wszystko bagatelizuje, odcina się; dorosły mężczyzna, który nigdy tak naprawdę nie dorósł. Mama mierzy wszystkich swoją miarą doskonałości, której nikt nie jest w stanie sprostać i pogrąża się we własnym nieszczęściu. Tak było od zawsze, ale kiedy ich problemy, nieporozumienia, porażki zaczynały mnie przytłaczać, przy Nim odzyskiwałam spokój, poczucie bezpieczeństwa - my byliśmy szczęśliwi i to dawało siłę by walczyć ze złem tego świata. Teraz nie wiem gdzie się podziać. Za to w życiu B. pojawiła się właśnie nowa osoba. Właściwie to nie nowa, a na nowo. Może wreszcie to będzie to? Oby. Ktoś przecież w tej rodzinie musi być szczęśliwy...
Dziecko wiosny.
Urodziła się w najcieplejszym, jednym z niewielu słonecznych marcowych dni zeszłego roku. Wniosła zamęt i spokój, niepewność i szczęście, wyrzeczenia i radość. I miłość, choć zdawać by się mogło, że nasz dom był nią już wypełniony po brzegi. Dziś tylko ta miłość daje siły do kolejnego oddechu. Pierwszy roczek w pierwszym dniu wiosny. Niechaj zawsze świeci nad Tobą słońce, Słoneczko.
Życzenia spływają z różnych zakątków świata (głównie dzięki masowej migracji naszej rodziny w różne jego strony), mniejsze i większe prezenciki cieszą małe rączki i bystre oczka, wywołując łobuzerski uśmiech, tort w przygotowaniu, balony nadmuchane, tunel do zabawy (nad zrobieniem którego ślęczę już chyba od miesiąca) wreszcie zaczyna nabierać ostatecznych kształtów, goście zaproszeni, sobotnie świętowanie urodzin małej solenizantki coraz bliżej... Tylko Ciebie brakuje, choć dziś pewnie jesteś przy nas tak blisko jak to tylko możliwe. Tak bardzo nam Cię brakuje... i tej świeczuszki, którą zapaliłbyś na torcie, a zamiast której my palimy Ci zupełnie inną... wszystko nie tak...
piątek, 7 marca 2014
Prawdy ludowe.
Mówią, że co Cię nie zabije, to Cię wzmocni, ale to chyba nie do końca tak. Kiedy było ciężko, ale miałam to za stan przejściowy i jak światełka w tunelu wyczekiwałam zmiany, myślałam sobie, że jeśli z tym dam radę, to będę niczym skała. Bo co może wzmocnić bardziej niż widok ukochanej osoby w tak ciężkim stanie, poczucie bezradności i bezsilności a przy tym wiara, oczekiwanie na lepsze, bycie razem na dobre i na złe. Bo jak tylko złe przeminie... Ale nie przeminęło, zmieniło się w najczarniejsze, najbardziej koszmarne, niewyobrażalne przeżycie, które zmieniło wszystko. I dziś, gdy niemal mijają 4 miesiące od najgorszego dnia jakiego nawet nie byłam sobie w stanie wyobrazić myślę sobie, że to wcale nie jest tak, jak mówią. Z jednej strony, owszem, wydaje mi się, że już nic nie jest mnie w stanie ruszyć; magiczna ''trzydziestka'' jeszcze za horyzontem, a ja przeżyłam już to, co mogło być najlepsze i najgorsze do przeżycia. Poznałam tego Jedynego, postawiłam życie do góry nogami, żeby z Nim być, stworzyliśmy cudowny, szczęśliwy dom, urodziła nam się wymarzona córeczka... a potem nagle zostałyśmy same, w obcym mieście, w tak obcym teraz, nie naszym domu. Najlepsze i najgorsze chwile, to już wszystko było. Pod tym względem może jestem trochę jak ta skała, bo czy jest coś, co jeszcze mogłoby mnie poruszyć? Tylko czy ja to jeszcze ja? Uciekam przed wszystkim, co robiliśmy razem, wymazałam z myśli wszystko, co razem mieliśmy stworzyć, zdobyć, zrealizować, zobaczyć... 10 lat podążania w jednym kierunku, w którego stronę już nie potrafię iść. Za to ścięłam włosy, które On tak uwielbiał, zrobiłam tatuaż, od którego starał się mnie odwieść, choć sam zaprojektował wzór, myślę o kupieniu motoru, choć kategorycznie zabronił mi takiej głupoty... I nie chcę już jechać do Grecji, o której marzyłam, oddałam wszystkie sukienki, które tak lubiłam, ale zbytnio kojarzą się z Nim, bo właśnie dla Niego z początku pojawiły się w mojej szafie, kupiłam telewizor, który nam był zbędny i myślę, że może będziemy miały z Olgą kota, choć przecież wolę psy, ale on nie chciał kotów, więc może jednak kot... Czy ja to jeszcze ja?
Obiecałam Jego bratu, który w ostatnich miesiącach stał mi się bliższy niż po trzech latach rodzinnych relacji, nie robić niczego pochopnie, dać sobie czas i pozwolić, by odpowiedni moment na ważne decyzje przyszedł sam. Moment chyba nadchodzi... u progu wielkiej afery, która zbliża się wielkimi krokami i jest chyba nieunikniona, a po której jedynym rozwiązaniem będzie spakowanie naszych, całej trójki rzeczy i poszukanie nowego domu, stawiam na szalach wagi lata wspomnień, ukryte w każdym kącie naszego domu i których nie chcę opuścić i zbyt wielkie pokłady żalu i rozpaczy, by móc tam przed nimi uciec; chęć posiadania choć namiastki rodziny i ich brak zrozumienia, ciągłe patrzenie przez pryzmat jedynie własnych przeżyć; chęć ucieczki jak najdalej i lęk przed tym, że zostanę całkiem sama... i to potworne poczucie zagubienia, brak kierunku, w którym podążać, brak wsparcia, a przede wszystkim brak Jego, Jego mądrości, rad, a także upomnień, gdy się należały... Nie mam pojęcia, jak pokierować swoim życiem, a jest jeszcze przecież malutka Olga, za którą jestem odpowiedzialna i dla której muszę przestać udawać, że wszystko samo się rozwiąże, poukłada... tylko jaką decyzję podjąć? Co zrobić, żeby było dobrze? I za jaką cenę... Ty byś wiedział, ale gdybyś tu był, to wszystko by się nie działo... Nie byłam na to przygotowana, nie jestem, nie mam alternatywnego pomysłu na swoje życie, nie wiem, jak samej wychować dziecko... Zawsze wszystko planowałam, a teraz nie wiem nic. Nie poznaję sama siebie. Część mnie, ta którą kochałeś, umarła i nigdy nie będę już taka jak kiedyś. Nie znam tej siebie, która została i coraz bardziej boję się, że sobie nie poradzę. Wbrew temu, czego sama się spodziewałam, przeżyłam, nie miałam wyjścia, ale nigdy nie czułam się tak słaba.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Blue Monday
Podobno najbardziej depresyjny dzień w roku przypadł tym razem w poniedziałek 20 stycznia. Nie pamiętam, co wtedy było, pewnie standardowo już - w najlepszym przypadku - tak sobie, ale chyba jednak nie gorzej niż dziś. Bo dziś jest jeden z tych dni, w których całe zło świata zdaje się o sobie przypominać. Dziś Jego 30te urodziny. Byłyby. Rodzice chcieli mu z tej okazji sprawić pomnik. Akurat teraz. Nie będę tego komentować, bo to zbyt absurdalne i przerażające. Cały zeszły tydzień ciągle ktoś wspominał o tych urodzinach. A ja się pytam: jakich urodzinach? Nie ma ich i już nigdy nie będzie, tak jak Jego, a robi się przez to tylko jeszcze trudniej. Boję się nawet spojrzeć na Jego konto na nieszczęsnym Facebooku, bo kto wie, czy ktoś się tam nie zagalopował z życzeniami? Wielce prawdopodobne. Najbardziej depresyjny dzień w roku... nie wiem, który będzie ''naj'', ale 2014, tak jak końcówka 2013, będzie w nie obfitował. Nie ma co się łudzić.
W sobotę zorganizowałam rodzinne spotkanie kuzynostwa, Jego kuzynostwa - niemal 30 osób - tak jak to zrobiliśmy w zeszłym roku i co miało być początkiem nowej tradycji. To jedna z tych niewielu rzeczy, które robiliśmy razem i które mam siłę i chęć kontynuować sama. Najpierw wyścigi na gokartach, później przesiadywanie u nas do późnych godzin nocnych. U nas... tak, chcę myśleć, że to nadal u nas. Mimo kilku trudnych chwil i smutków, które czasem dopadały nas ze wzmożoną siłą, było bardzo fajnie. Chyba na tyle, na ile tylko mogło być w tej koszmarnej sytuacji. Następnego dnia z niewiadomych przyczyn - i chyba jako jedyną - dopadło mnie zatrucie pokarmowe, które przekreśliło wszelkie niedzielne plany. Olga jak zwykle w takich sytuacjach zachowywała się jakby miała 10 lat, a nie 10 miesięcy (no, z przymrużeniem oka oczywiście) i mogłam sobie ''spokojnie'' chorować, a ona większą część czasu buszowała obok w zabawkach. I nie piszę o tym, żeby pochwalić się żołądkowymi problemami, a po to, żeby powiedzieć, że mimo iż wczoraj czułam się jak wrak, praktycznie nic nie jadłam, wszystko mnie bolało i jeszcze parę innych, mniej przyjemnych objawów, to i tak było lepiej, niż jest dziś. Bo dziś lutowy Blue Monday, a dzień dopiero się zaczął.
piątek, 14 lutego 2014
Święto kiczu.
Naprawdę miałam tego nie pisać, naprawdę nie skojarzyłabym, że dziś najbardziej kiczowaty dzień w roku, naprawdę chciałam sobie tego zaoszczędzić. Ale oto niczego nieświadoma zmierzam nabyć porcję mrożonego szpinaku do tarty, a przed drzwiami jednego ze sklepów pewnej sieci na B. zaczepia mnie pan o rysach i kolorze twarzy wskazującej na spożywanie nadmiernej ilości herbaty z whisky (choć to raczej nie whisky i za pewne bez herbaty) z prośbą o coś do jedzenia w ten walentynkowy dzień. Klnę w duchu na czym świat stoi, bo tak bardzo bym chciała żeby w niektóre dni nikt nic ode mnie nie chciał, nie zauważał, najlepiej nic nie mówił, ale wychodząc z kartonikiem zakupów daję panu, którego chyba życie nieco przerosło, paczkę kiełbasy, na co on z kolei, z całą swą wdzięcznością - prawdziwą lub nie - składa mi walentynkowe życzenia. Nie wiem czy śmiać się czy płakać, a tak naprawdę czuję, że to chyba jednak mnie życie przerosło i czmycham stamtąd jak najprędzej. I przypominam sobie swój wpis sprzed roku, o tym jak kpimy sobie z Walentynek, z ich kiczowatości, komercyjności, z wszędobylskich serduszek... i o kolacji niespodziance jaką zaplanowałam i kwiatach od Niego, i o tym, że nie wiem co to Walentynki, ale wiem co to kochać całym sercem i że każdy dzień jest dobry, by spędzić takie wieczór we dwoje. Myślę o tym i chcę zniknąć, rozpadam się choć już tak dobrze mi dziś szło... i nie wiem ile dni trzeba przepłakać, żeby w końcu zabrakło łez ani czy przyjdzie kiedyś taki dzień, że będzie choć odrobinkę lepiej. Mieć kogoś, kto patrzy na świat w ten sam sposób, z tego samego się śmieje, z tego samego żartuje, to samo darzy szacunkiem, na tym samym mu zależy... mieć bratnią duszę i nagle ją stracić, a razem z nią część siebie. Część tak dużą, że pozostała nie potrafi utrzymać równowagi. Trzy miesiące balansowania, trzy miesiące życia w świecie, którego nie znam, w mieście, do którego przyjechałam dla Niego, wśród ludzi, do których On mnie sprowadził, w domu, który bez Niego jest zupełnie obcy. Wieczorem, gdy zasypialiśmy przytuleni, szeptałam Mu czasem ''moje miejsce jest tam gdzie Ty, przy Tobie jest mój dom''. Razem z Nim straciłam swoje miejsce na ziemi, zgubiłam siebie. I nie umiem się w tej beznadziejności odnaleźć.
niedziela, 9 lutego 2014
Wieczorem w mieście tym...
W Twoim mieście, w nie naszej knajpie, z moimi przyjaciółkami - zapach tęsknoty za Tobą tylko delikatnie unosił się w powietrzu. Nie było Cię na błękitnym niebie, w wiosennym parku w środku zimy, ani w tym pubie, do którego nigdy nie poszliśmy. Przyszły chwile zapomnienia, nagłe wybuchy śmiechu - mimowolne, niespodziewane, niemal już obce. A po nich wyrzuty sumienia, żal, tęsknota za tym co było, za tym czego nie będzie. I ta pustka w środku, która pozbawia mnie tchu. Cudowne wspomnienia bezlitośnie przeplatające się z okrutną rzeczywistością. Wspomnienia tak rzeczywiste, wyraźne, że niemal mogę Cię w nich dotknąć; wyciągam rękę i czuję pod palcami Twoją skórę, przesuwam nimi po nosie, brwiach, policzku. Rozmywasz się i znów widzę tylko talerz, na którym bezmyślnie przesuwam resztki jedzenia. Prawie pusty talerz w niemal pustym świecie. Tęsknię za Tobą. Tak po prostu. Czy kiedyś do mnie wrócisz? Wróć, proszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)