A dokładniej to 39,7. Tyle termometr pokazał o drugiej nad ranem kilka nocy temu. Doczłapałam się jakoś do kuchni łapiąc za wszystkie syropy jakie pediatra wcześniej zapisała Oldze. Skoro jej mogłam je podawać, to sobie tym bardziej. Chciałam kupić coś na przeziębienie w aptece, ale jako kobiecie karmiącej polecono mi herbatki z samych naturalnych składników. Podczas gdy ja popijałam herbatki, przeziębienie urosło do rozmiarów całkiem niemałej infekcji, z temperaturą, uporczywym kaszlem wszelkich rodzai, gigantycznym i wstrętnym katarem, a także bólami głowy uniemożliwiającymi normalne funkcjonowanie. Normalne w możliwym obecnie zakresie, ale jednak. Chwilę było lepiej, potem znowu gorzej. Na szczęście dziś pediatra znowu nas podratowała, nie tylko cieknący nosek Olgi, ale również moje wyprane z sił ciało. A przynajmniej bardzo na to liczę. Poleciła dozwolony antybiotyk, środki przeciwbólowe (choć tych unikam jak ognia) i kilka innych specyfików, które mam nadzieję zaczną zaraz działać cuda, bo czuję, że moje ciało uparło się na pobicie rekordu swojej ciepłoty sprzed kilku dni. Zobaczymy. Przed wpakowaniem się pod kołdrę łyknęłam sobie jeszcze na dobranoc trochę truskawkowego paracetamolu w syropie. Wiem, ile miałam go podać Oldze, nie mam pojęcia, ile sama mogłam wziąć. Jest prospekt, w pokoju obok, ale tak bardzo mi się nie chciało... co za różnica, łyknęłam ile łyknęłam, może pomoże. W tym samym momencie ręka z buteleczką syropu zawisła mi w powietrzu... On nigdy nie czytał ulotek. Pamiętam jak kupił krople do oczu, które ledwo po przekroczeniu progu apteki zaczął sobie aplikować. ''A ulotkę przeczytałeś?! - A po co? - No żeby wiedzieć ile, jak często, czy przed jedzeniem, czy po!'' Śmiał się. Może było z czego, ale innego razu lekarz zapisał mu na kartce sposób dawkowania kilku lekarstw, a on źle je odczytał, coś tam sobie dopowiedział i wszystko wziął na opak... Taki On. Mój cudowny. Wtedy to rozczulało, ale może powinno raczej zaalarmować? Czy miało to jakiś związek z tym wszystkim, co później się stało? Skoro wpływ miała każda większa zmiana diety, zażywane lekarstwa...? Po głowie krąży mi coraz więcej pytań, na które nie chcę znać odpowiedzi. Boję się jej. A co jeżeli wystarczyło zmienić parę prostych rzeczy? Przed kilkoma się ustrzec? Może nie miałoby to żadnego znaczenia, ale co jeśli... a co gdyby...?
Zaczynam kreślić plany wyprowadzki. Śpię w łóżku, czasem odważę się zgasić światło w pokoju obok, nie uciekam z łazienki na widok szczoteczki, choć staram się jej tam nie zauważać... zaczęłam nawet zaprowadzać porządki, coś, z czym zawsze mieliśmy wielki problem. Małymi kroczkami, bo z Olgą, która potrzebuje czyjejś ciągłej obecności tuż obok na wiele więcej pozwolić sobie nie mogę. A to umyję okno, a to wyczyszczę dywan... Trzy tygodnie temu zwijałam się w kłębek w dowolnym miejscu mieszkania i bałam się tego co jest dookoła. To chyba jakiś krok naprzód, ale jest to raczej próba uporządkowania spraw - na pakowanie nie jestem gotowa, ale mogę spróbować przygotować sobie pod to grunt. Zrobić porządek w papierach. Sprzątnąć stertę ''niewiadomoczego'' na biurku, którą On ciągle wytykał mi palcem. Nie umiem zbudować tu nic nowego, nie umiem kontynuować tego co zaczęliśmy, ale mogę uprzątnąć co się da, wyrzucić co nie potrzebne, by potem nie stanowiło problemu, zrobić to, na co nigdy nie starczało czasu albo ochoty. Bo przecież można kiedyś, później, nie teraz... lepiej usiąść razem, przytulić się, coś obejrzeć, gdzieś wyjść... Lepiej... było. Teraz został mi tylko bałagan na biurku do sprzątnięcia.
zdrowiej... choc tyle
OdpowiedzUsuń